Król Lew – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 7 min.
Król Lew1

„Król Lew” to dla mnie osobiście najważniejszy film w życiu. Była to pierwsza produkcja, którą za dzieciaka obejrzałem od początku do końca. Do dziś pamiętam ten moment, kiedy rodzice wrócili z kasetą VHS z filmem, a ja mogłem rozkoszować się kolorowym światem wykreowanym przez Disneya. Nie płakałem po Mufasie. Byłem zbyt mały, aby rozumieć czym jest śmierć, ale było mi smutno. „Król Lew” wykreował mój gust filmowy, poprzez pokazanie mi pewnych motywów, które uwielbiam po dziś, czy też jako osobę, przekazując mi cenne, uniwersalne wartości. Dla mnie ta animacja Disneya to swoista filmowa biblia, bez której miłość do kinematografii nie byłaby możliwa. Nie muszę więc chyba tłumaczyć, że na live-action „Króla Lwa” czekałem z nie mniejszą niecierpliwością jak na finał przygód Avengersów.

Simba to młody, nieco przemądrzały, ale odważny młody lew, który pragnie odziedziczyć tron po swoim ojcu Mufasie. Lwiątko ciekawe jest świata i zrozumienia kręgu życia, o którym tak wiele słyszał od swojego taty. Nie wszyscy jednak w lwim królestwie wielbią króla. Stryj Simby – Skaza, knuje postęp, dzięki któremu przejmie władzę nad Lwią Skałą. Gdy jego plan z powodzeniem wchodzi w życie, Simba zostaje wygnany z królestwa i pozostawiony samemu sobie. Na swojej drodze spotyka Timona i Pumbę, dwójkę nieodłącznych przyjaciół, którzy wychowają młodego lwa. Jakiś czas później przeszłość przypomni się o należytego następcę tronu.

Król Lew2

„Król Lew” Jona Favreau’a to niemal idealna kopia animacji z 1994 roku. Może nawet zbyt idealna, bo pokolenia które wychowywały się na animowanym klasyku Disneya, nie znajdą tu niczego nowego do odkrycia. Nie ma co się oszukiwać, ale szekspirowska historia już dawno stała się archaiczna, a twórcy nie zdecydowali ją w żaden sposób uaktualnić, odświeżyć, czy dodać nowe elementy. Oczywiście, opowieść o tragicznych losach młodego pretendenta do lwiego tronu nadal potrafi złapać za serce, a pewne motywy są po prostu nieśmiertelne, tak w drugiej połowie, gdy historia zaczyna nabierać rozpędu, ciężko nie wyczuć, że straciła ona nieco na aktualności. Pomimo tego, że film jest o 15-20 minut dłuższy od oryginału, nie jestem w stanie uargumentować, poza jednym wyjątkiem, czemu metraż jest dłuższy niż w animacji. Był więc czas, aby nieco poszerzyć motywacje Skazy, wytłumaczyć destrukcyjną siłę hien na ekosystem, czy chociażby pokusić się o silny proekologiczny przekaz. Twórcy z tej możliwości nie skorzystali, zamiast tego z pieczołowitością odtwarzając sceny niemal 1:1 z oryginału.

W tym tkwi kolejny problem live-action „Króla Lwa”. Wszystko jest osobliwie wręcz znajome, włącznie z muzyką i dialogami, ale animacja cechowała się niesamowitą pomysłowością w kompozycji i aranżacji scen musicalowych. W hiperrealistycznej wersji Jona Favreau’a nie ma miejsca na żadne elementy fantastyczne, pomimo tego, że na ekranie cały czas widzimy gadające lwy, czy filozoficzne rozprawy o życiu guźca z surykatką. Piosenki tracą więc swoją wizualną siłę, a wiele niezwykle ważnych scen, nie niesie ze sobą żadnego ładunku emocjonalnego. Chociażby najważniejsza scena z całego filmu, czyli biegnące wąskim wąwozem gnu, gdzie w animacji wyglądała jak przerażająca, śmiertelnie niebezpieczna masa. W tej wersji to po prostu biegnące zwierzęta, bez żadnego dodatkowego kontekstu. Podobnie jest z jedyną wykonywaną przez Skazę piosenką, która w oryginale pokazywała z jaką siłą będzie musiał w przyszłości zmierzyć się Simba, tutaj wykonana bez polotu i głębszego znaczenia.

Król Lew3

Przykłady można mnożyć, bo pod względem emocjonalnym film został kompletnie położony. Może wynika to z kultowego dla mnie statusu animacji, ale jedynie doskonale znana muzyka oraz kilka dialogów sprawiło, że moje serce zaczęło mocniej bić. Nuta nostalgii była odczuwalna, ale zupełnie nie tam, gdzie bym się jej spodziewał. Przed seansem byłem pewny, że uronię łzę razem z Simbą nad ciałem Mufasy, a przy finałowym pojedynku (który zainscenizowany jest genialnie) będę się niesamowicie emocjonował. Nie miało to jednak miejsca, bo zmiany choć kosmetyczne, to wystarczyły, aby sentymentalnie film nie poruszył odpowiednich strun, a bohaterowie przesadnie wierni fizjonomii prawdziwych zwierząt, nie mogły wyrazami swoich pysków oddać targające nimi emocje.

„Król Lew” to niezwykle podniosła, patetyczna i anagogiczna historia, tyle że w wersji Jona Favreau’a jest to zbyt mało wyczuwalne. Film wciąż ma cenne lekcje do przekazania, chociażby o zasłużeniu na własne przeznaczenie, sile sprawiedliwości i tolerancji, oraz o znaczeniu i współzależności każdego najmniejszego życia na losy innych, ale nie jestem pewien, czy wersja live-action nadaje je z odpowiednią siłą. Świetnie za to wychodzą wszelkie komediowe sceny z niezawodnym duetem Timona i Pumby. Pojawiają się oni w połowie filmu i był to pierwszy moment, gdzie „Król Lew” nabrał energii. Przemądrzała surykatka i nierozgarnięty guziec stanowią potrzebną filmowi siłę, a przy tym swoimi slapstickowymi sytuacjami wzbudzają gromki śmiech. Żałuję, że nie pojawiła się genialna scena tańca hula Timona przy Pumbie w roli pysznego obiadu dla hien z końcówki animacji, ale jak już wcześniej zostało powiedziane, foto i hiperrealizm nie posłużył filmowi Favreau’a.

Król Lew4

Trzeba jednak oddać królowi to co królewskie, bo wykonany w całości na ekranach komputerów film wygląda obłędnie. Czegoś tak realistycznego, z dbałością o najdrobniejsze detale, oddane z niemal dokumentalnym pietyzmem, jeszcze w kinie nie było. „Król Lew” to z pewnością kolejny krok, może nawet kamień milowy, rozwoju CGI do użytku w przemyśle filmowy. Wykreowana afrykańska sawanna wygląda jakby została żywcem wyjęta z katalogu biura podróży, a zwierzęta wyglądają, brzmią (w chwilach kiedy nic nie mówią) i poruszają się niezwykle naturalnie. Tylko znów trudno nie kryć rozczarowania, gdy na dążeniu do realizmu traci na tym warstwa artystyczna wizualnych aspektów filmu, w których paleta barw jest znacznie ograniczona. Niemniej Avengers: Koniec gry ze swoją rewelacyjną sceną finałowej bitwy musi pokłonić się tegorocznemu królowi efektów specjalnych, który bez dwóch zdań odbierze w tej kategorii Oscara.

Patrząc na obsadę oryginalnego dubbingu, byłem bardzo ciekawy, jak ona wypadnie. Jedynie do głosu Donalda Glovera udzielającego głosu dorosłemu Simbie, nie potrafiłem się przekonać. Ale to raczej efekt przyzwyczajenia do świetnego polskiego dubbingu animacji, niż niepasującego do tej postaci głosu aktora. Ogromne wrażenie robi Chiwetel Ejiofor jako Skaza, gdzie od pierwszych linijek dialogów czuć, że mamy do czynienia z głównym antagonistą filmu. Podobać może się też John Oliver jako Zazu, Beyoncé wcielająca się w Nalę, czy John Kani jako Rafiki. Rewelacyjny jest również James Earl Jones jako Mufasa, który potrafił nadać tej postaci wymaganej majestatyczności. Show kradnie jednak duet Billy Eichner jako Timon i rewelacyjny Seth Rogen w roli Pumby. Chociażby dla tej dwójki warto usłyszeć film z oryginalnym dubbingiem.

Król Lew5

Live-action „Króla Lwa” nie umywa się do klasycznej animacji. Przede wszystkim brakuje w tym wszystkim emocji i ciężaru całej historii, która choć została wiernie oddana, to znaczenie, siła i magia poszczególnych scen gdzieś uleciała. Disney kolejnym filmem zatacza swój własny krąg życia, a my wraz z nim, tylko nie w formie, której byśmy chcieli. Film animowany pamiętam do dziś – tę historię, emocje towarzyszące podczas seansu, piosenki, żarty. O live-action „Króla Lwa” zapomniałem zaraz po wyjściu z kina. Ten film jest więc jak jego bohaterowie: śliczny na zewnątrz, ale pusty w środku.

Ocena: 5/10

Oceny wszystkich zrecenzowanych przez nas filmów możecie sprawdzić na MediaKrytyk.

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz