Avengers: Wojna bez granic – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 9 min.
Avengers: Wojna bez granic1

10 lat, 18 filmów, prawie 15 miliardów dolarów globalnego przychodu i setki najróżniejszych komiksowych postaci. Marvel stworzył prawdziwy popkulturalny fenomen, który przez ostatnią dekadę wielu próbowało powtórzyć. Żadne jednak studio nie miało tyle ambicji i dyscypliny, aby powoli i systematycznie rozbudowywać swoje uniwersum. To co stoi za sukcesem tworu, którego dziś znamy jako Kinowe Uniwersum Marvela, to dokładny plan jego rozwoju, który co prawda potrafił zmienić się na przestrzeni lat (rezygnacja z Inhumans, pojawienie się Spider-Mana), ale Kevin Feige i spółka bardzo precyzyjnie dokładają kolejne cegiełki budujące superbohaterski świat. Dzięki temu kolejne filmy MCU są ze sobą spójne i w jakiś sposób połączone. Nie ma tu mowy o zbieraninie przypadkowych herosów, którzy w pewnych momentach zostają wrzuceni do wspólnej bitwy, a widz połowy z nich nawet nie zna. Marvel to obecnie największa w przemyśle filmowym kura znosząca złote jajka i pomimo, że do kin wchodzi właśnie 19 film, będący niejako pierwszą częścią podsumowania dziesięcioletniego dorobku, to widownia na całym świecie jeszcze superbohaterskimi produkcjami się nie znudziła. I jest to doskonała wiadomość, bo jeżeli Marvel szykuje kolejne takie filmy jak „Avengers: Wojna bez granic”, to jestem z nimi na pokładzie przez kolejną dekadę.

Wszechpotężny Thanos szuka rozsianych po całej galaktyce Kamieni Nieskończoności. Za ich pomocą pragnie przywrócić równowagę we wszechświecie, kontrolując populację na każdej z planet zamieszkiwanych przez inteligentne stworzenia, aby już nikt nigdy nie zaznał głodu, smutku czy nieszczęścia. Na drodze stoi mu drużyna Avengersów, wspierana przez samego Doctora Strange’a, Czarną Panterę z całą Wakandą oraz Strażnicy Galaktyki. Thanos wraz ze swoim Czarnym Zakonem przybywa na Ziemię, aby skompletować kamienie. Zaczyna toczyć się walka nie tylko o przyszłość ludzkości, ale również życia w całym wszechświecie.

Avengers: Wojna bez granic2

Zdradzenie czegokolwiek z przebiegu historii byłoby prawdziwą zbrodnią. Od pierwszych minut bracia Russo udowadniają, że mają odwagę podjąć pewne kroki, żeby zupełnie odwrócić uniwersum na drugą stronę. Z każdą kolejną minutą dzieje się coraz więcej, aż do wielkiego finału, który pozostawi widzów z opadami szczęści. Ale większe i mniejsze zaskoczenia twórcy serwują nam przez cały film. Co prawda sprawny widz będzie w stanie przewidzieć niektóre wydarzenia, ale wcale nie odbiera to im odpowiedniego efektu emocjonalnego, a na dokładkę jest kilka, których po prostu przewidzieć się nie da. I w tym tkwi największa siła „Avengers: Wojna bez granic”. Widz co jakiś czas jest zaskakiwany, ale jednocześnie braciom Russo udało się odpowiednio je dawkować, aby mogły one należycie wybrzmieć i spotęgować niespodziankę.

Fani do premiery czwartej części będą dyskutować o tym, co wydarzyło się w „Wojnie bez granic”, a w szczególności w zakończeniu. Coś takiego wymaga naprawdę świetnej historii w kontynuacji, ale jestem spokojny, że Christopher Markus i Stephen McFeely dadzą radę. Ich scenariusz do „Avengers: Wojna bez granic” nie ma praktycznie słabych punktów. Jest to dziewiętnasty tytuł z uniwersum, więc nikt nie powinien dziwić się, że film wrzuca nas w sam środek, praktycznie pomijając kilka kluczowych zdarzeń, na których nie starczyło już miejsca. Jeżeli ominęliście któryś z wcześniejszych filmów, koniecznie przed „Wojną bez granic” nadróbcie. Twórcy pokusili się o minimalną ekspozycję, wyjaśniając chociażby znaczenie Kamieni Nieskończoności, ale powinno się je raczej traktować w roli ściągawki dla zapominalskich widzów, niż streszczenia wydarzeń ostatniej dekady Marvela. Czujcie się więc ostrzeżeni, bo akcja gna na złamanie karku, jedynie od czasu do czasu dając chwilę na złapanie oddechu, więc ktoś nieznający uniwersum z łatwością pogubi się w nadmiarze postaci i wątków.

Avengers: Wojna bez granic3

Pomimo zebrania w jednym filmie wszystkich ikonicznych bohaterów z całego uniwersum, bracia Russo potrafili znaleźć dla każdego z nich czas. Nie ma więc sytuacji, że ktoś jest poszkodowany, pomijany podczas walk, czy stojący w milczeniu podczas konwersacji. Każda postać dostaje swoje przysłowiowe pięć minut, aby móc zaznaczyć swoja obecność w „Avengers: Wojna bez granic”. Reżyserzy na tyle zręcznie żonglują dostępnymi bohaterami, że ani przez moment nie czuć, że w dynamice ich relacji coś nie gra. Może i nielogiczne wydaje się skrótowe potraktowanie pierwszych spotkań niektórych postaci, ale szybko zostaje to wytłumaczone wspólnym celem, więc na pytania czy osobiste pogawędki nie ma czasu. Najważniejsze, że braciom Russo udało się zachować unikalny charakter każdego z bohaterów czy grupy znany z ich solowych występów. Najbardziej imponująco na tym tle wypada występ Strażników Galaktyki, pod którym spokojnie mógłby podpisać się James Gunn, a nikt nie zauważyłby różnicy. Identycznie jest chociażby z Czarną Panterą czy Thorem. To są te same postacie, którym nic nie zmieniono z ich charakterów czy osobowości.

Relacje między postaciami stanowi ważny element nowej części „Avengersów”. Wielu z nich zdążyło już wcześniej połączyć się w grupy, jak chociażby ekipa Kapitana Ameryki, która przypomina grupę komandosów tylko z supermocami, czy ojcowsko-synowskie relacje Tony’ego Starka i Petera Parkera. Dochodzi jednak do zupełnie nowych sojuszy, a jednym z bardziej elektryzującym jest starcie największych ego w całym uniwersum posiadanych przez Iron Mana i Doctora Strange’a Do tego osobliwa relacja Star-Lorda i Thora i mamy do czynienia z naprawdę dynamiczną mieszanką. Jako, że nie wszystkie postacie występują wspólnie na ekranie, twórcy postanowili połączyć ich w grupy i nadać im osobne wątki. I tak jednak grupa herosów będzie bronić naszej planety, druga stara się odnaleźć kamienie w kosmosie, zaś jeszcze inni lecą w poszukiwaniu broni zdolnej do zabicia Thanosa. Nie wszystkie są jednak tak ciekawe jak pozostałe, tym bardziej, gdy na chwilę ich tempo zwalnia, ale wcześniej czy później zaczną nabierać znaczenia, znajdując swój finał w zakończeniu.

Avengers: Wojna bez granic4

Thanos. Jest centralną postacią, skupiającą na sobie całą uwagę, wokół którego kręcą się wszystkie wątki, dlatego można śmiało wysnuć tezę, że to film o nim. „Wojna bez granic” przyniosła nam najlepszego złoczyńcę w całym uniwersum. Ostatnio mieliśmy wysyp lepszych superwrogów, na czele z Zemo i Killmongerem, ale Thanos bije wszystkich na głowę. Miałem spore obawy, czy twórcy nie potraktują go nieco zbyt lekceważąco, jako że kreowany był na kogoś tak potężnego, że nie potrzebuje powodu do zniszczenia połowy wszechświata. Okazuje się jednak, że to bardzo skomplikowana i niejednoznaczna postać, za którą stoi okropna ideologia, ale jest ona oparta na straszliwych doświadczeniach samego Thanosa. Można go więc zrozumieć, choć ciężko popierać jego metody działania, to przyświeca mu jasny cel, do którego będzie dążył choćby i po trupach. Josh Brolin bezbłędnie wcielił się w tę postać, potrafiąc ukazać targające swoim bohaterem emocje, a nawet nadać mu w odpowiednich momentach niezbędną wrażliwość. Thanos jest bez wątpienia jednym z najlepszych i najtragiczniejszych złoczyńców nie tylko w uniwersum Marvela, ale również w historii wszystkich superbohaterskich produkcji.

W „Avengers: Wojna bez granic” nie brakuje ikonicznego dla całego uniwersum humoru. Ten niczym szczególnym nie wybija się ponad to, co mogliśmy zobaczyć już w poprzednich „Avengersach” czy „Wojnie bohaterów”. Nie jest to oczywiście produkcja tak zabawna jak dwie części „Strażników Galaktyki 2” czy „Thor: Ragnarok”, ale w wielu momentach gagi potrafią nieco rozluźnić atmosferę, jednocześnie nie powodując, że widz zaleje się łzami ze śmiechu. Sporo tu słownych utarczek, humoru opartego na ironii, sytuacjach czy wręcz cytowania poprzednich filmów Marvela. Sporo żartów jest w początkowych partiach filmu, dopiero gdy wydarzenia przyjmą dramatyczny obrót, są one rzucane z większą starannością, aby nie wybić z tragizmu wydarzeń.

Avengers: Wojna bez granic5

Olbrzymi budżet produkcji nie poszedł wyłącznie na gaże dziesiątek aktorów, ale również wysokiej jakości efekty specjalne. Gdy w poprzednich produkcjach Marvela można było czepiać się o pewne niedoskonałości, tak tu zostały znacząco zminimalizowane. Zdarzają się efekty, które wyraźnie odbiegają jakością od reszty, ale większość z nich cieszy oko. Chociażby Thanos na pierwszych zapowiedziach wyglądał przeciętnie, ale w samym filmie wygląda rewelacyjnie. To samo jest z Czarnym Zakonem, który w całości został stworzony na ekranach komputerów, a każdy z członków wygląda jakby został żywcem wyjęty z wysokobudżetowego intro z gry wideo. Przyczepić się za to można do średnio wykonanej zbroi Iron Mana, ale już kostiumy Spider-Mana wyglądają o wiele mniej sztucznie, niż chociażby w „Wojnie bohaterów”.

„Avengers: Wojna bez granic” wzbudza całą gamę zróżnicowanych emocji. Podczas seansu będziecie płakać, śmiać się, denerwować o losy bohaterów, irytować postępowaniem niektórych z nich, złościć, a nawet współczuć. Z pewnością zrewidujecie swoje poglądy dotyczące niektórych z postaci, jednych na lepsze, drugich możecie nawet znienawidzić. Marvel po raz kolejny dał nam dzieło, które na zawsze zapisze się w popkulturze, do którego dążyć będzie wielu, ale nikomu nie uda się chociażby zbliżyć. Przy tym jest to produkcja, w której przewija się motyw miłości i poświęcenia, więc obok ogromnej rozwałki, znalazło się miejsce na poważniejsze tematy. „Avengers: Wojna bez granic” rozbudza niewyobrażalne do tej pory oczekiwania na kontynuację. Niezależnie czym zaskoczą nas twórcy w czwartej części przygód tytułowej grupy superbohaterów, świat już nie będzie taki sam. Zarówno ten wykreowany przez ostatnie dziesięciolecie na ekranie, jak i nasz realny. Żyjemy w najpiękniejszych czasach dla wszystkich fanów komiksów i superbohaterskich postaci. Oby ten okres trwał jeszcze długo.

Ocena: 9/10

Oceny wszystkich zrecenzowanych przez nas filmów możecie sprawdzić na MediaKrytyk.

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz