Recenzja Disgaea Mayhem

Disgaea Mayhem
Disgaea Mayhem

Pewne systemy i elementy rozgrywki pasują do siebie wręcz idealnie i dostarczają masę frajdy. Jednak te same patenty w innej konfiguracji lub przy innym gatunku kompletnie się nie sprawdzają i rujnują rozgrywkę. Coś, co działa super w przypadku strategii, niekoniecznie może dobrze sprawdzać się przy grze akcji. Dlaczego o tym wspominam? Ostatnio miałem okazję sprawdzić Disgaea Mayhem, czyli połączenie kultowego cyklu SRPG i gry musou w stylu Dynasty Warriors. Czy taka mieszanka zaowocuje jakimś smakołykiem?

Disgaea Mayhem to najnowszy spin-off popularnej serii strategii. Nowa gra stworzona przez Nippon Ichi Software porzuca jednak truową rozgrywkę znaną z cyklu na rzecz dynamicznej gry akcji. Co ciekawe w Japonii gra nie nosi tytułu Disagea i jest bardziej jednym ze spin-offów w stylu Makai Kingdom: Chronicles of the Sacred Tome, czyli gra zawierająca elementy i osadzoną w multiwersum, ale bez bycia odsłoną najpopularniejszej marki Nippon Ichi Software. Ja grałem na PlayStation 5, ale tytuł jest także dostępny na kompach i Nintendo Switch.

Wojna o Flan

Gry z tej serii osadzone są w multiwersum, gdzie istnieją zaświaty pełne potworów, niebiańska kraina i Ziemia zamieszkiwana przez w miarę zwykłych ludzi. Cykl charakteryzuje się humorem i absurdalnymi scenariuszami, a bohaterami zazwyczaj są wojownicy i panowie ze światów potworów. Wspominam o tym, bo jest to coś dosyć specyficznego. Historia rozpoczyna się w typowy dla Disgaei sposób. Świat demonów ponownie pogrąża się w chaosie, kolejne frakcje walczą o wpływy, a bohaterowie zostają wciągnięci w konflikt, który może wydać się komiczny. Tym razem głównym bohaterem jest najemnik N.A, który zostaje wezwany przez nową władczynię jednego ze światów demonów. Po śmierci jej ojca 6 jego zaufanych doradców zdradziła i podzieliła świat miedzy siebie. Teraz młoda pani chce odzyskać swoje tereny. Ale najbardziej zależy jej na tym, by odzyskać Flan skradziony przez dawnych wasali z jej lodówki. Dlatego wyruszamy na niebezpieczną misje ubijać tysiące potworów i wielu bossów, by odzyskać częściowo strawiony słodycz. Świat nazwany Super Duper oferuje sporo wyzwań i wielką przygodę dla pojedynczego wojownika. Nie ma co liczyć na poruszającą opowieść ani zbyt wiele poważniejszym momentów. Disgaea Mayhem czerpie z tego, z czego słynie cała marka.

Twórcy ponownie wykorzystują charakterystyczny dla serii humor, pełen absurdalnych dialogów, przesadzonych reakcji oraz świadomego wyśmiewania stereotypów znanych z japońskich RPG. To właśnie lekkość narracji sprawia, że nawet najbardziej dramatyczne wydarzenia często kończą się komicznym zwrotem akcji.

Nie każdemu to przypadnie do gustu, ale ja osobiście bardzo lubię ten zakręcony humor i niecodzienne scenariusze, jakie są prezentowane w grze. Z tym, że obok żartów poprzednie odsłony cyklu miały też trochę serca. Pod warstwą humoru i absurdalnymi dialogami było też trochę poważniejszych wątków i rozwój postaci, które w trakcie przygody uczyły się czegoś o sobie i innych. Tutaj tego kompletnie nie uświadczymy, co moim zdaniem jest sporą stratą. Bo bez tej warstwy fabuła nie jest już tak interesującą.

Klep atak

Jak wspominałem we wstępie Disgaea jest jedną z moich ulubionych serii łączących turową strategię i grę role playing. Mayhem jednak odchodzi od typowej formuły cyklu rozwijanej przez ponad 20 lat. Rozgrywka zmienia się tutaj nie do poznania. Dotychczasowe strategiczne przesuwanie jednostek po planszy zostało zastąpione dynamicznymi starciami odbywającymi się w czasie rzeczywistym. Bohater porusza się swobodnie po mapie, wykonuje uniki, łączy ataki w długie kombinacje oraz wykorzystuje potężne umiejętności specjalne. Walka wymaga planowania, odpowiedniego zarządzania umiejętnościami oraz wykorzystywania słabości przeciwników. Poszczególne bronie znacząco zmieniają styl gry, dlatego wybór wyposażenia ma znacznie większe znaczenie niż samo zwiększanie obrażeń. A przynajmniej tak jest w założeniach. Mamy otrzymać slasher w stylu gier takich jak Dynasty Warriors z dodatkową warstwą strategiczną i większym rozbudowaniem systemów, tak by nie chodziło tylko o klepanie przycisku ataku. Brzmi to dosyć interesująco i wydaje mi się, że takie coś ma spory potencjał. W końcu niektóre gry musou stawiają na więcej strategii i zarządzania i wychodzi to im zdecydowanie na dobre.

System walki bardzo mocno opiera się na widowiskowych kombinacjach. Bohater może podrzucać przeciwników w powietrze, odbijać ich od ścian, przyciągać do siebie kolejne grupy demonów i kończyć serię potężnym atakiem specjalnym obejmującym znaczną część ekranu. Wszystko odbywa się w niezwykle płynny sposób, a animacje zachowują charakterystyczną dla serii przesadę. Nawet zwykłe umiejętności wyglądają jak finałowe ataki bossów z innych gier. Nasze ataki ultimate to kilkanaście sekund wygibasów i akcji, które mogłyby się pojawić jako summony z Final Fantasy a obrażenia idą w milionach lub nawet miliardach punktów życia. Jest więc ten bombastyczny styl, który jest ogólną cechą cyklu.

Struktura gry

Całość kreci się wokół epizodów z kilkoma misjami otoczonymi przerywnikami fabularnymi. Poszczególne misje są znacznie krótsze niż w klasycznych odsłonach serii, ale jednocześnie oferują zdecydowanie więcej akcji. Przejście levelu to jakieś 2 czy 3 minuty plus scenki dialogu. Jest to mega szyki czas, a poziomów fabularnych jest tylko około 20. Przez to fabuła może pęknąć w jakieś 3 godziny, o ile nie zatniemy się na jakimś elemencie lub nie skupimy się na grindize. Dodam od razu, że gra jest piekielnie łatwa i po kilku minutach można mieć przelevelowaną postać i ekwipunek, który spokojne starczy nam do końca gry, Wynika to z implementacji systemów znanych z SRPG.

Item World działa na podobnych zasadach jak w klasycznych odsłonach. Jest to opcja ulepszenia broni poprzez stoczenie serii walk wewnątrz przedmiotu. W tym wypadku zamiast generowanych losowo map mamy po prostu określoną ilość fal wrogów w małej lokacji. Każdy wartościowy przedmiot może stać się osobnym lochem pełnym przeciwników, pułapek i nagród. Wchodząc do wnętrza miecza, włóczni czy magicznego artefaktu, nie tylko zdobywamy kolejne skarby, ale przede wszystkim wzmacniamy sam przedmiot. Każde ukończone piętro zwiększa jego parametry, odblokowuje nowe właściwości lub pozwala zdobyć wyjątkowo rzadkie ulepszenia. To rozwiązanie od zawsze było jednym z najbardziej oryginalnych pomysłów Nippon Ichi Software i fajnie, że pojawia się w tym tytule. Dzięki temu nawet znalezienie zwykłego miecza może przerodzić się w wielogodzinną wyprawę prowadzącą do stworzenia legendarnej broni zdolnej zadawać absurdalnie wysokie obrażenia.

Nie mniej interesująco prezentuje się Dark Chocolate Assembly, będące humorystycznym rozwinięciem klasycznego Dark Assembly. Mechanika ta pozwala wpływać na funkcjonowanie całego świata gry poprzez głosowania przeprowadzane wśród demonów. Możemy odblokowywać nowe sklepy, zwiększać poziom trudności, zmieniać dostępne misje, zdobywać dodatkowe premie do doświadczenia czy wpływać na ekonomię świata. Oczywiście mieszkańcy Netherworld nie zawsze zgadzają się z naszymi propozycjami. Czasami konieczne jest przekupienie uczestników głosowania odpowiednimi prezentami, innym razem trzeba udowodnić swoją rację siłą i pokonać przeciwników w bezpośredniej walce. To charakterystyczny dla Disgaei element humoru, który jednocześnie pełni bardzo ważną funkcję w systemie progresji. Tak bowiem odblokowujemy nowe funkcje gry, zwiększamy otrzymywane punkty doświadczenia czy decydujemy się na reinkarnację, czyli restart naszej postaci od pierwszego poziomu, ale z lepszymi początkowymi statystyki.

Jest jeszcze system kompanów, którzy towarzyszą nam w walce. Dokładnie chodzi o jednego przeciwnika, który staje po naszej stronie. Po każdej z misji jest bowiem szans na pozyskanie jednego z pokonanych wrogów jako sojusznika. Wtedy zyskujemy NPC, który leveluje, możemy go wyposażyć i pomaga nam w walce. Dodatkowo, kiedy zabieramy ze sobą kumpla, zyskujemy nową super zdolność. Jest to przemiana tej postaci w bardzo mocną broń, z której możemy korzystać przez kilkanaście sekund, rozwalając przeciwników w drobny mak. Zdobywanie mocnych sojuszników i wbijanie ich na absurdalne poziomy w stylu level 999 i wyżej pozwala zmiatać wszystko na naszej drodze.

Wszystkie powyższe elementy mają sens, tylko jeśli chcemy posiedzieć z tym tytułem do wbicia 100%. Wtedy gra przeradza się w grind na jakieś 50 albo i więcej godzin. Endgame został zaprojektowany z myślą o najwytrwalszych graczach. Po ukończeniu kampanii odblokowujemy nowe poziomy trudności, wyjątkowo wymagające lochy oraz bossów dysponujących statystykami wielokrotnie przewyższającymi wszystko, z czym mieliśmy do czynienia wcześniej. Pokonanie takich przeciwników wymaga perfekcyjnego opanowania systemu walki, odpowiednio rozwiniętej drużyny oraz bardzo dobrze przygotowanego wyposażenia. To właśnie tutaj Disgaea Mayhem pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Mam jednak wątpliwość jak wiele osób wciągnie się w to wszystko, zważywszy na to, że sama rozgrywka nie powala i duża część endgame to po prostu grind by podnieść statystki i zdobyć odpowiednią ilość punktów do odblokwoania dodatkowych bossów. Do tego mamy tutaj sporo losowości i powtarzania tych samych kilkuminutowych sekcji z nadzieją, ze w końcu wylosujemy to, czego potrzebujemy. Nie brzmi to zbyt ciekawie, a w praktyce jest jeszcze gorsze niż w teorii.

Uzbrojenie

Gra oferuje siedem podstawowych typów uzbrojenia, a każdy z nich reprezentuje zupełnie inne podejście do walki. Miecze pozwalają budować szybkie kombinacje ciosów, włócznie zapewniają większy zasięg, topory stawiają na powolne, ale niezwykle potężne uderzenia, natomiast broń dystansowa umożliwia eliminowanie przeciwników z bezpiecznej odległości. Do tego dochodzą jeszcze bronie magiczne oraz bardziej egzotyczne narzędzia walki charakterystyczne dla świata Disgaei. Co ważne, każda broń posiada własny zestaw umiejętności oraz osobnepoziom specjalizacji danej klasy uzbrojenia.

Oprawa audiowizualna

Tym razem zacznę od strony audio, bo ona wypada naprawdę dobrze i w pełni oddaje dotychczasowy klimat serii. Muzyka jest bardzo przyjemna i ma spoko atmosferę. Dialogi postaci są na plus i głosy zostały dobrze dobrane. Jest tutaj wszystko, czego potrzeba, plus dźwięki z menu i inne drobne rzeczy przypominają starsze tytuły, co daje trochę nostalgii.

Strona wizualna wypada słabiej. Design i klimat starej serii jest oddany świetnie. Mamy jednak też oprawę graficzną na poziomie PS3. Puste lokacje, mało się dzieje i animacje potrafią być koślawe. Wszystko śmiga w miarę dobrze, ale nie powinno robić to na nikim wrażenia, bo od tej strony Disgaea Mayhem wygląda jak jakaś budżetówka lub leniwy port starej gry.

Co to ma być?

Disgaea Mayhem to połączenie dwóch rzeczy, które bardzo lubię. Musou i Disgaea brzmi jak świetna kombinacja. Niestety w praktyce tak nie jest. Nie jest to problem samej koncepcji, ale jej wykonania. Taki cykl Dynasty Warriors rozwijał się przez dekad i twórcy specjalizują się w tego typu grach. Ekipa z Nippon Ichi Software nie ma żadnego doświadczenia i to widać od razu. W kwestii rozgrywki ta produkcja ciągnie się daleko w tyle za podobnymi produkcjami z czasów PlayStation 2. Mamy malutkie areny, garstkę przeciwników, bardzo sztywny system walki, toporną kamerę i niezliczoną ilość mniejszych rzeczy, które są kilka generacji w tyle za obecnymi standardami. Gra sprawia wrażenie jakiegoś drobnego projektu indie za drobniaki, a nie dużej produkcji, za którą ktoś życzy sobie grubą kasę.

Do tego mamy tylko jedną grywalną postać, co sjest trochę śmieszne. Nawet w takim Dynasty Warriors Origin, które postawiło na jednego ludka, jako główną postać mieliśmy oakzję tez pograć innymi wojownikami. Już nie wspominam o tym, jak bardzo tam był rozbudowany system walki, przez co jeden bohater nie był kosmicznym problemem.

Tutaj jest bieda pod każdym względem i jako musou, czy po prostu gra akcji Disgaea Mayhem to jakiś taki potworek zrobiony pod możliwości PSP, a nie obecną generację konsol. Pisze to z trudem, bo miałem naprawdę nadzieję na fajną grę, która udowodni, że Disagea może przebić się do mainstreamu. Niestety to, co dostajemy bardziej odstrasza. Zwłaszcza jeśli nie jest się fanem marki.

Gameplay jest naprawdę siermiężny i biedny. A szkoda, bo obudowano go fajnymi elementami z serii. Tyko jakie znaczenie ma to, że spleśniały kawałek mięsa zostanie ładnie udekorowany? W smaku i tak nie będzie to nic dobrego.

Szkoda

Nie wiem, czy Disgaea Mayhem będzie moim największym zawodem tego roku? Spędziłem przy tej grze sporo czasu i bezmyślne siekanie bardzo mi nie przeszkadzało. Jednak patrząc na chłodno ten tytuł to taki skok na kasę. Zwłaszcza z perspektywy zmiany nazwy poza Japonią by gra należała do kultowej serii. Jako recenzent jestem zawiedziony i nie mogę polecić tej produkcji praktycznie nikomu. Jako fan widzę zmarnowany potencjał i zalążek czegoś bardzo fajnego. To mogła być naprawdę super produkcją, ale tak nie jest. Dodatkowo na niekorzyść gry przemawia cena. Gdyby Disgaea Mayhem była tanią produkcją, to nawet byłbym w stanie napisać, że jeśli ktoś lubi siepanie i ograł już inne produkcje, ten tytuł może być znośnym doświadczeniem. Jednak patrząc na cenę wynoszącą 250 złotych, nie jestem w stanie napisać nawet tego. Szkoda, naprawdę szkoda.

Plusy
  • Ciekawy pomysł
  • Elementy z gier SRPG maja potencjał
Minusy
  • Kiepska rozgrywka
  • Krótka kampania i nudny grind
5
Ocenił Tomek Piotrowski

Recenzja powstała na podstawie rozgrywki z konsoli PlayStation 5

Recenzje gier OpenCritic