Pewnego razu… w Hollywood – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 5 min.
Pewnego razu... w Hollywood1

Quentin Tarantino pomimo nakręcenia do tej pory dziewięciu filmów, miał już wzloty i upadki. Po rewelacyjnym Pulp Fiction, przyszedł czas na zniżkę formy w postaci Jackie Brown. Zwyżka formy przypadła na jego trzy kolejne projekty: dwuczęściowy Kill Bill, oraz będący adaptacją komiksu Sin City. Po nich przyszedł znowu mały kryzys w postaci Grindhouse: Death Proof, ale reżyser szybko się od niego odbił, dostarczając nam genialne Bękarty wojny oraz Django, a także bardzo udaną Nienawistną ósemkę. U progu swojej reżyserskiej kariery, jeżeli wierzyć jego słowom, że zawiesi taśmę filmową na kołku po stworzeniu dziesiątego obrazu, dziewiątym filmem znów zalicza dołek. Pewnego razu… w Hollywood zdecydowanie podzieli fanów twórczości Quentina Tarantino.

Kariera Ricka Daltona (Leonardo DiCaprio) nie poszła po jego myśli. Przed laty występował w popularnym telewizyjnym westernie, ale źle ocenił swoje szanse zaistnienia na srebrnym ekranie i skończył jako epizodyczny czarny charakter w pilotach seriali. Od Marvina Schwarza (Al Pacino) otrzymuje lukratywną ofertę wystąpienia w kilku spaghetti westernach we Włoszech. Dalton to jednak człowiek Hollywood pełną gęba i ani myśli rezygnować ze swojego amerykańskiego snu, nawet jeżeli już dawno się z niego przebudził. Nie najlepiej powodzi się również jego dublerowi i kaskaderowi Cliffowi Boothowi (Brad Pitt), który niczym jego wierny pies Brandy, pozostaje przy swoim przyjacielu na dobre i złe. Przez nieciekawą przeszłość, nie może on liczyć na zbyt wiele i pogodzony jest ze swoją rolą, zarówno w pracy, jak i w życiu. W sierpniu 1969 roku sąsiadami Daltona zostaje Roman Polański (Rafał Zawierucha) oraz jego żona Sharon Tate (Margot Robbie). Dla Ricka może być to niepowtarzalna okazja, aby raz jeszcze spróbować swoich sił w filmach kinowych.

Pewnego razu... w Hollywood2

Zanim jednak losy wszystkich postaci zetkną się w jednym punkcie, reżyser zabiera nas w melancholijną podróż po starym, dobrym Hollywood. „Pewnego razu… w Hollywood” jest listem miłosnym wystawionym przez Tarantino kinu lat 60. XX wieku. Od ilości odniesień, nawiązań, alegorii i cytatów może rozboleć głowa. Jest tego przesadnie dużo i wyraźnie reżyser nad tym wszystkim nie panuje. Zachowuje się trochę jak student pierwszego roku z poziomem wiedzy absolwenta uczelni, który chce przypodobać się egzaminatorowi i wykracza daleko poza zadany temat. Tarantino wrzuca więc kolejne odnośniki do oglądanych przez niego w młodości filmów, ale nie buduje na ich podstawie żadnej dopełniającej główny wątek narracji. Przez to jego wizja Hollywood jawi się raczej jako stworzona z kartonu fasada na planie zdjęciowym, niż rzeczywiście istniejące miejsce, wypełnione swoją własną historią, angażująca charakterem.

Na tym problemy Pewnego razu… w Hollywood się nie kończą. Sporym utrudnieniem dla Tarantino okazuje się prowadzenie trzytorowej narracji. Gdy wątek Daltona wybija się na pierwszy plan i pomimo kilku dłużyzn i niepotrzebnych rozwiązań fabularnych, ogląda się go z przyjemnością, tak ogromnym problemem są pozostałe dwa. Ten z Cliffem Boothem działa wyłącznie dzięki Bradowi Pittowi (do którego jeszcze dojdziemy), bo sam w sobie jest mało ciekawy i funkcjonuje wyłącznie do wprowadzenia do fabuły filmu Rodziny Mansona. Najgorzej wypada jednak ten z Sharon Tate, który aż do samego końca jest oderwany od reszty, a jej postać za dużo do roboty nie ma. O zaprezentowaniu bohaterki z krwi i kości nie ma nawet mowy, bo rola Margot Robbie ogranicza się niemal wyłącznie do tańca i uśmiechania się. Jej rola to ładna błyskotka mająca cieszyć oko, ale nie mająca żadnej użytkowej funkcji. Jeszcze nigdy nie widziałem takiego marnotrawstwa kobiecej postaci i aktorki o tak dużym talencie w filmie Tarantino.

Pewnego razu... w Hollywood3

Nie myślałem, że po seansie Pewnego razu… w Hollywood aż tak dokuczać będzie mi uczucie, że reżyser żeruje na prawdziwych wydarzeniach oraz postaciach. Zupełnie nie podobało mi się zakończenie, które w niesmaczny sposób pokazuje „co by było, gdyby”. Paradoksalnie to najbardziej Tarantinowska scena w całym filmie, ale przesadzona, jakby reżyser chciał tym zakończeniem wynagrodzić brak właściwej akcji przez większość filmu. Nie dziwi mnie też oburzenie rodziny Bruce’a Lee. Tarantino przedstawia mistrza kina kopanego w karykaturalny sposób, wykorzystując go wyłącznie jako narzędzie do pokazania, jakim kozakiem jest Cliff. O Waynie Maunderu, Stevie McQueenie oraz reszcie prawdziwych postaci nie ma nawet co wspominać, bo przewijają się na ekranie przez najwyżej kilka sekund.

Jeżeli Pewnego razu… w Hollywood trzeba za coś pochwalić, to na wielkich rolach Leonardo DiCaprio oraz Brada Pitta. Wybór kto zagrał lepiej, to jak spytanie się matki, które swoje dziecko kocha najbardziej. Nawet jeżeli skłamie, że wszystkie kocha tak samo, to zrobi to wyłącznie dla dobra wspólnego. Choć są to postacie skrajnie odmienne, funkcjonujące na zupełnie innych rejestrach, to Tarantino idealnie je ze sobą złączył, dając nam prawdziwą aktorską petardę.

Pewnego razu... w Hollywood4

Pewnego razu… w Hollywood mnie rozczarował. Od Quentina Tarantino wymagam utrzymania stałej, wysokiej formy. Może i nie oczekuję, że każdy jego film będzie tak dobry jak Pulp Fiction czy Django, ale zadowoliłbym się poziomem Nienawistnej ósemki. Tym razem tego nie dostałem i chociaż ponad 160 minutowy metraż mnie nie wymęczył, to w środkowych partiach filmu można było odczuć nieco nudy. Na szczęście Pewnego razu… w Hollywood posiada dwa atuty nazywające się DiCaprio i Pitt. Dla samych ich aktorskich popisów warto obejrzeć dziewiąty obraz w dorobku Tarantino.

Ocena: 6/10

Oceny wszystkich zrecenzowanych przez nas filmów możecie sprawdzić na MediaKrytyk.

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Komentarzy ( 1 )

  1. SW pisze:

    Z recenzja nie sposob sie zgodzic chyba, ze przyjmie sie ze ten film jest o trzech postaciach, ktorych historie sa jak piszesz nieciekawe. Tylko ze ten film nie przedstawia tych trzech historii tylko buduje narracja pod glowny watek. Ten film jest jak Miami Vice, a te dluzyny, o ktorych piszesz to jest wlasnie powod dla ogladania tego filmu.

Dodaj komentarz