Joker – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 9 min.
Joker1
foto: Warner Bros. Entertainment Inc., Niko Tavernise

Jeszcze przed premierą „Joker” zaczął wzbudzać kontrowersję. Pomimo bardzo entuzjastycznego przyjęcia filmu na Weneckim festiwalu, zwieńczonym zresztą Złotym Lwem, krytycy którzy mieli okazję obejrzeć obraz Todda Phillipsa na Festiwalu Filmowym w Toronto, zaczęli dostrzegać i zarzucać filmowi gloryfikowanie przemocy. Media branżowe zajęły się problemem spadającej średniej oceny „Jokera”, ale to był dopiero początek złej prasy najnowszej produkcji Warner Bros. Przed paroma tygodniami okazało się, że policja i inne służby zostały postawione w stan gotowości, aby nie doprowadzić do powtórki tragedii z kina w Kolorado z 2012 roku, gdzie uzbrojony napastnik przebrany za Jokera zaczął strzelać do ludzi. Wszystko to sprawiło, że przez ostatnie dni przed premierą, głośniej było o kontrowersjach, które nieumyślnie film wywołał, niż dyskursie o słuszności odebrania głównej nagrody na jednym z czołowych światowych festiwali. Na szczęście obraz jest już w kinach i wszystko wskazuje na to, że złe emocje nie przełożą się na frekwencję w kinach. I słusznie, bo to kawał wymagającego, ale świetnego kina, który wyznacza zupełnie nowy kierunek w filmowych adaptacjach komiksowych postaci.

Arthur Fleck (Joaquin Phoenix) choruje na neurologiczne dolegliwości, przez które w różnych okolicznościach zaczyna się głośno śmiać. Pomimo stałej opieki psychiatrycznej, mężczyzna nie potrafi odnaleźć się w brutalnym i niebezpiecznym świecie. Jedyną bliską mu osobą jest jego matka Penny (Frances Conroy), z którą dzieli dach nad głową w jednym z obskurnych budynków mieszkalnych w Gotham City. Arthur pragnie zostać komikiem i wystąpić w programie u słynnego Murraya Franklina (Robert De Niro), którego telewizyjne show oglądanie regularnie. Mężczyzna nie ma jednak ani żadnego komicznego talentu, ani też nie jest społecznie przystosowany, przez co przypadkowi ludzie, a nawet koledzy z pracy jeszcze chętniej i śmielej z niego żartują i szydzą. Gdy Arthur wejdzie w posiadanie broni palnej, przez którą dojdzie do tragedii, jego życie odmieni się w sposób, który zatrzęsie całym Gotham City.

Joker2

foto: Warner Bros. Entertainment Inc., Niko Tavernise

Kto by przypuszczał, że twórca trylogii „Kac Vegas”, znany wyłącznie ze swojej komediowej strony, da nam najbrutalniejszy, najpoważniejszy i najmroczniejszy film z wywodzącą się z komiksów postacią. Takiego podejścia oczekiwałoby się od wczesnego Tima Burtona, Zacka Snydera, czy nawet Christophera Nolana. Tymczasem to Todd Phillips dał nam film, który z pewnością przyczyni się do zupełnie innego podejścia do komiksowych adaptacji. Zresztą już James Mangold „Loganem” pokazał, że można zupełnie inaczej ograć komiksowego bohatera, niekoniecznie wiecznie wysyłając go na kolejne wojny przeciw trywialnym i banalnym przeciwnikom. Phillips idzie jednak o krok dalej i całkowicie zrywa z dotychczasowym dorobkiem szeroko rozumianego kina komiksowego, dając nam obraz zbliżony do dzieł mistrzów kina, włącznie z Martinem Scorsese i jego „Taksówkarzem”. Zresztą „Jokera” można traktować jako reminiscencję „Taksówkarza”, korzystającego z bardzo podobnych motywów i fabularnych środków jak w obrazie Scorsese.

Motywem przewodnim jest więc krucha i zniszczona psychika głównego bohatera, który bez przerwy podawany jest próbie przez nierozumiejące go społeczeństwo. W jednej ze scen Arthur mówi, że jak ludzie mają go zaakceptować, skoro od psychicznie chorych wymaga się, aby zachowywali się jak zdrowe osoby. Arthur i jemu podobni są spychani na społeczny margines, gdzie lądują na samym dnie łańcucha pokarmowego. Todd Phillips komentuje politykę i podejście do ludzi z różnymi zaburzeniami psychicznymi, których jako pierwszych odcina się od środków publicznych, aby zaspokoić inne potrzeby miasta. Politycy kłamią, populistycznie odpierając odpowiedzialność na osoby z rozchwianą psychiką. Pomocy na próżno szukać również wśród zwykłych ludzi, u których dominuje strach, czy socjopatyczne zapędy, które jeszcze mocniej umacniają w chorym psychicznie bycie gorszym człowiekiem. Nerwowy, neurotyczny śmiech Arthura to nic innego jak mechanizm obronny przed całym złem świata, ale zarazem jego najgroźniejsza broń.

Joker3

foto: Warner Bros. Entertainment Inc., Niko Tavernise

Todd Phillips wziął na warsztat jeszcze jedno przedstawienie genezy tej niezwykle intrygującej postaci. Z jednej strony jest to naturalniejsze, bardziej przyziemne, ale i ciekawsze podejście do powstania Króla Zbrodni, niż to co do tej pory prezentowano nam w filmach. Ale z drugiej strony jeżeli historię odrzemy ze wszelkich metaforycznych odniesień i znaczeń, oraz warstwy psychologicznej, nie zostanie zbyt wiele ciekawych wątków do opowiedzenia. Zwrotów akcji można się domyśleć dużo wcześniej, szczególnie gdy poznamy nie do końca wiarygodną konwencję przedstawiania historii, pełną mylnych tropów. Nie do końca słusznym wyborem było też poświęcenie tak dużej uwagi rodzinie Wayne’ów. Joker i Batman to dwie strony tej samej monety, ale powstanie Mrocznego Rycerza to daleka pieśń przyszłości, zaś Joker rodzi się na naszych oczach. Niepotrzebne było aż takie skoncentrowanie postaci Arthura wokół Thomasa Wayne’a, przez co straciliśmy jedyną szansę, na komiksowy film pozbawiony superbohaterskich powidoków.

Jednak tam, gdzie scenariusz nie domaga, tam nadrabia surowością, naturalistycznością i rewelacyjnym klimatem świata przedstawionego, gdzie Gotham City, choć często skąpane w mroku i brudzie, to bliźniaczo przypomina Nowy Jork z lat 70. i 80. Wraz ze świetną muzyką Hildur Guðnadóttir, daje to jedyny w swoim rodzaju przytłaczający, lecz niesamowicie satysfakcjonujący efekt. Ale również obrazowej brutalności i powagi, gdzie film nie sili się na żarty, a choć trup nie ścieli się gęsto, to każdy pozostawia po sobie dokładny obraz w głowie jeszcze na długo po seansie. Zdecydowanie nie jest to film przeznaczony dla młodych widzów, a i ostrzeżenie powinny otrzymać osoby z zaburzeniami psychicznymi, dla których seans „Jokera” może okazać się destrukcyjny. Film Phillipsa jest wymagający i trudny, a przy tym bardzo sugestywny i mocny, niemający zbyt wielu punktów wspólnych z komiksowymi odpowiednikami.

Joker4

foto: Warner Bros. Entertainment Inc., Niko Tavernise

Ciężko znaleźć odpowiednie słowa na aktorski popis jaki daje Joaquin Phoenix. Od tego momentu nie ma sensu spierać się, kto najlepiej wcielił się w Jokera, bo każdy Król Zbrodni, który debiutował na wielkim ekranie, tak bardzo różnił się od pozostałych, że równie dobrze mogłyby być to zupełnie inne postacie. Jednak to co wyprawia Phoenix to arcydzieło sztuki aktorskiej, która z pewnością wejdzie do kanonu najważniejszych ról w historii kina. Jego Arthur Fleck, a później Joker, to postać pełna niuansów, sprzeczności, psychicznych wątpliwości, a przy tym niezwykle charyzmatyczna, niepozbawiona uroku, ale również osobliwego ciepła, przynajmniej na początku filmu. Sam nie potrafię zdecydować się, czy Joaquin Phoenix przebił samego siebie jako Arthur, czy w drugiej części filmu jako Joker. To są dwie tak różne od siebie postacie pod wieloma względami, ale jednocześnie wynikające z siebie, dające pełny obraz przedstawionej brawurowo postaci Jokera przez aktora. Phoenix miał wiele świetnych ról, chociażby w „Mistrzu”, „Her”, czy „Wadzie ukrytej”, ale dla niego rola Jokera będzie znaczyła tyle samo, co dla Heatha Ledgera. Z całą pewnością, jego demoniczność wypisaną na twarzy i przerażający, złowieszczy śmiech, wywołujący dyskomfort oraz niepokój, jeszcze długo po obejrzeniu filmów będzie wam towarzyszył. Tego nie da się od tak zapomnieć i można mieć realne obawy, aby przypadkiem Joker nie nawiedził nas w snach. Co jedynie grubą kreską podkreśla, jak niezwykła jest to rola Phoenixa.

Twórcy doskonale zdali sobie sprawę, że Joaquin Phoenix przyćmi całą resztę obsady, dlatego nawet nie starali się stworzyć nieco bardziej znaczącego i rozbudowanego bohatera na drugim planie. Jest niezła Frances Conroy jako matka Arthura, czy też Brett Cullen jako Thomas Wayne, ale to względnie niewielkie role ze znaczącymi postaciami. Łatwo też stwierdzić, że Sophie Dumond grana przez Zazie Beetz jest niepotrzebna, bo aktorka nawet nie miała okazji się wykazać, ale to również postać, której rola jest nie do przecenienia dla Arthura stającego się Jokerem. Najlepiej wypada więc Robert De Niro w roli Murraya Franklina, który jako jedyny poza główną gwiazdą filmu, otrzymał rolę zapadającą w pamięci.

Joker5

foto: Warner Bros. Entertainment Inc., Niko Tavernise

Może nazywanie „Jokera” rewolucją to zbyt dużo powiedziane, ale to na pewno ogromna ewolucja dla całego kina komiksowego, które po wielu latach dostaje film inny niż wszystkie. Dojrzały, trudny, intensywny i stawiający na psychologię postaci, taki jest właśnie „Joker” w reżyserii Todda Phillipsa. Warner Bros wraz z DC Comics eksperymentują, już dawno porzucając konkurowanie z Marvelem o prym w filmowym uniwersum, co może nie przyniesie gigantycznych wpływów jak każda kolejna produkcja należąca do MCU, ale cenne filmowe nominacje i nagrody już tak. W „Jokerze” widać ogromny potencjał na eksploatowanie tego typu kina. Sam chętnie obejrzałbym filmy w takiej konwencji z innymi złoczyńcami ze świata DC, szczególnie tymi z kart komiksów o Batmanie. Dwie Twarze, Pingwin, Black Mask, Hush, czy Riddler, to postacie aż proszące się o podobne filmy. Tylko może niekoniecznie przedstawiające genezę ich wejścia na przestępczą ścieżkę.

Ocena: 8/10

Oceny wszystkich zrecenzowanych przez nas filmów możecie sprawdzić na MediaKrytyk.

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz