Zabójcze maszyny – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 5 min.
Zabójcze maszyny1

Ostatnio można zauważyć nowy trend, w którym filmy promowane są nazwiskami nie reżyserów lub scenarzystów, a producentów. Ledwo co w kinach mieliśmy „Operację Overlord”, którego jednym z producentów jest J.J. Abrams, a ostatnio otrzymaliśmy pierwszą zapowiedź horroru superhero „Brightburn: Syn ciemności”, reklamowaną nazwiskiem Jamesa Gunna, choć na stołku reżyserskim zasiadł David Yarovesky. Na nowy film Petera Jacksona czekamy już cztery lata, to wciąż nazwisko reżysera trylogii „Władcy Pierścieni” czy „King Konga”, potrafi zelektryzować widzów na całym świecie. W „Zabójczych maszynach” oddał reżyserską pieczę swojemu długoletniemu pracownikowi – Christianowi Riversowi, samemu zajmując się produkcją oraz współtworzeniem scenariusza. Dla Riversa, zajmującego się dotychczas jedynie efektami specjalnymi, jest to reżyserski debiut. Sprawdźmy więc, czy udany.

Daleka przyszłość. Po Wojnie Sześćdziesięciominutowej, która doprowadziła do zniszczenia ludzkiej cywilizacji, spadkobiercy ludzkości żyją w pełni zmechanizowanych mobilnych miastach. Większość z nich to niewielkie górnicze i rolnicze osady, wymieniające się towarami. Wśród nich prawdziwy postrach budzi Londyn, miasto-forteca, pożerająca inne mobilne miasta, aby pozyskać z nich surowce potrzebne do własnego funkcjonowania. Na jednej z górniczych osad znajduje się Hester Shaw (Hera Hilmar), pałająca żądzą zemsty na Thaddeusie Valentinie (Hugo Weaving), najważniejszą osobą w Londynie, zaraz po Lordzie-burmistrzu Magnusie Cromie (Patrick Malahide). W plan zabicia Valentine’a, wmiesza się Tom Natsworthy (Robert Sheehan), parający się poszukiwaniem artefaktów poprzedniej cywilizacji dla muzeum. Hester i Tom staną przed ogromnym wyzwaniem, od którego zależeć będą losy całego świata.

Zabójcze maszyny2

„Zabójcze maszyny” to jeden z tych przebojów, których poszczególne elementy widzieliśmy w dziesiątkach innych blockbusterowych filmów. Największe echo pochodzi jednak od całej serii „Gwiezdnych wojen”, z których to filmów Peter Jackson zaczerpnął zdecydowaną większość pomysłów do swojego scenariusza. Jest więc dzielny młodzian marzący od dziecka o lataniu, przechodzący wewnętrzną przemianę, zawadiacka dziewczyna, odkrywająca w sobie ogromne pokłady różnych uczuć, a wszystko to ładnie spięte klamrą pojedynków powietrznych czy siłami zła, kropka w kropkę przypominającymi armię Imperium. Tropy prowadzą nas również przez trylogię „Władcy Pierścieni”, „Terminatora”, „Mad Maxa” „Ruchomy zamek Hauru”, aż do gry „BioShock Infinite”. Osoby obeznane w popkulturze będą więc przez cały seans odczuwały posmak trzydniowego kotleta mielonego, bo niestety, ale „Zabójcze maszyny” niewiele robią z gatunkowych klisz i schematów.

Christian Rivers na spółkę z Peterem Jacksonem nie potrafią kompletnie niczym zaskoczyć w swoim filmie. Nawet fabularne zwroty są do bólu przewidywalne na długo przed ich odkryciem przez twórców. Nie byłby to jednak żaden problem, gdyby ekspozycja i przedstawienie świata nie było tak toporne, a przewijające się na ekranie postacie kogokolwiek obchodziły. Samo światotwórstwo stoi na wysokim poziomie. Twórcy mieli bardzo ciekawy pomysł na wiele elementów świata przedstawionego, ale w obliczu ciągle pędzącej na złamanie karku akcji, ciężko nie czuć rozczarowania niewykorzystaniem tak bogatego i barwnego postapokaliptycznego świata.

Zabójcze maszyny3

Traci też na tym kreacja bohaterów, gdyż na każdym kroku mamy do czynienia z typowymi figurami, a nie bohaterami z krwi i kości. Samych postaci jest zresztą za dużo, co jeszcze bardziej utrudnia ich poznawanie i emocjonowania się ich poczynaniami. Żadnych emocji nie wzbudza również para głównych bohaterów, którzy są bardzo niekonsekwentnie budowane. Jeszcze gorzej jest po drugiej stronie konfliktu, gdzie Valentine to najbardziej sztampowy przeciwnik jakiego można stworzyć, niecechujący się choć promilem jakiejkolwiek niejednoznaczności czy szlachetnych pobudek. Najciekawszą i najbardziej udaną postacią jest Shrike, będący człowiekiem w zmechanizowanym ciele. Niewiele wiadomo o nim i o jemu podobnych ożywieńcach, ale to jedyna postać, która rzeczywiście intryguje i sprawia, że z zainteresowaniem śledzi się jego losy. Nie obraziłbym się, gdyby „Zabójcze maszyny” otrzymały kolejną szansę, tym razem ze Shrikiem w roli głównej.

Jeżeli więc oglądać „Zabójcze maszyny”, to wyłącznie dla bardzo udanych efektów specjalnych. Nie bez przyczyny, to właśnie Christian Rivers został reżyserem tego widowiska, jako że mógł w pełni przełożyć swoją wizję wykorzystania CGI w filmie. Poruszające się miasta wyglądają obłędnie i aż szkoda, ze cała stylistyka steampunku została zmarnowana dla tak odtwórczej historii. W parze z przyjemnymi dla oka wrażeniami wizualnymi idzie ścieżka dźwiękowa Junkie XL, niepozwalająca przysnąć nawet wtedy, kiedy scenariusz wyraźnie kuleje.

Zabójcze maszyny4

„Zabójcze maszyny” to ciekawy i frapujący pomysł, pogrzebany przez niechlujne wykorzystywanie doskonale znanych motywów przez Petera Jacksona i resztę scenarzystów, ale nadrabiający wrażeniami wizualnymi i dźwiękowymi. Weterani blockbusterowego kina nie mają tu jednak czego szukać, zaś reszta może znaleźć w filmie Christiana Riversa nienajgorszą rozrywkę, szczególnie po ciężkim dniu pracy, gdy mózg pragnie nieco odpocząć.

Ocena: 4/10

Oceny wszystkich zrecenzowanych przez nas filmów możecie sprawdzić na MediaKrytyk.

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz