Smętarz dla zwierzaków – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 4 min.
Smętarz dla zwierzaków1

Popularność przenoszenia na duży lub mały ekran powieści Stephena Kinga nie słabnie. Choć dzieła pisarza ostatnio dużo lepiej sprawdzają się w telewizyjnych produkcjach, niż wysokobudżetowym filmie, to twórcy nie zaprzestają starań, aby powtórzyć rewelacyjny finansowy i artystyczny sukces „To”. Najpierw jednak trzeba zrozumieć przepis na sukces filmu Andresa Muschiettiego. Lekcji nie odrobił duet Kevin Kolsch i Dennis Widmyer, tworząc ze „Smętarza dla zwierzaków” typowy horror, który nijak ma się do psychologicznej głębi powieści Kinga.

Louis Creed (Jason Clarke) wraz z żoną Rachel (Amy Seimetz) i dziećmi Ellie (Jeté Laurence) i Gagem (Hugo Lavoie, Lucas Lavoie) przeprowadzają się do nowego domu, z dala od miejskiego zgiełku. Już pierwszego dnia Ellie odkrywa ponury cmentarz dla zwierząt domowych, położony na terenie Creedów. Tajemnicę miejsca wyjaśnia jej Jud (John Lithgow), sąsiad w sędziwym wieku. W dzień Halloween, potrącony przez ciężarówkę ginie ukochany kot dziewczynki – Church. Jud zabiera Louisa na cmentarz, gdzie mają pochować kota. Staruszek zdając sobie sprawę, że Ellie popadnie w rozpacz po śmierci ukochanego kota, prowadzi ojca dziewczynki do tajemniczego miejsca i każe mu tam pogrzebać szczątki Churcha. Jeszcze tej samej nocy kot wraca do domu. Szybko okazuje się, że zwierzak stał się bardziej agresywny i nieprzewidywalny. Ellie zaczyna bać się kota, czym sprowadza na siebie śmiertelne niebezpieczeństwo. Wkrótce później Louis będzie musiał stanąć przed najważniejszym wyborem w swoim życiu.

Smętarz dla zwierzaków2

W erze rewelacyjnych post-hororów, które najśmielszymi próbami wyszły daleko poza ramy gatunkowe, „Smętarz dla zwierzaków” jawi się jako leniwa próba przywrócenia do łask klasycznej konstrukcji horrorów. I nie byłoby w tym nic złego, w końcu każdy filmowy gatunek wymaga różnorodności i bez żadnych przeszkód w koegzystencji mogą funkcjonować różne formy horroru. Otrzymujemy więc standardowy repertuar jump scare’ów i momentów grozy ze znaczącą nutką gore, które mogą przestraszyć wyłącznie gatunkowych nowicjuszy. Momenty grozy są wystarczająco długo sygnalizowane, a wyskakujące nagle z ciemności maszkary niczym szczególnym się nie wyróżniają. Twórcy nie potrafili również zbudować odpowiedniej atmosfery zaszczucia. Migoczące oświetlenie i mgła to zbyt banalne sztuczki, aby mogłyby kogokolwiek przestraszyć.

Film spotkał się z kontrowersjami przed premierą, dotyczącymi zdradzenia najważniejszego zwrotu fabularnego w zwiastunie. Dlatego też wybierając się do kina na obraz Kevina Kolsch i Dennisa Widmyera, najlepiej feralnego trailera nie oglądać. Co prawda twórcy bronili się, że ich produkcja ma w zanadrzu o wiele więcej, ale ich tłumaczenia okazały się wyłącznie gaszeniem ogromnego pożaru konewką do podlewania roślin doniczkowych. Co prawda film oferuje całkiem zaskakujące zakończenie, ale gdy robi się właśnie interesująco, pojawiają się napisy końcowe. Jest też poboczny wątek żony głównego bohatera, o którym zwiastuny niewiele mówiły, ale ten urywa się bez żadnej konkluzji i równie dobrze, można byłoby go skrócić do zaledwie kilku dialogów.

Smętarz dla zwierzaków3

Jak na prozę Kinga, w „Smętarzu dla zwierzaków” jest zaskakująco mało psychologicznej głębi. Materiał źródłowy aż prosi się o rodzinny dramat o przeżywaniu żałoby, akceptacji śmierci i pogodzeniu się z własną przeszłością. Echa tych motywów czasami w filmie pobrzmiewają, ale twórcy nie eksplorują ich w należyty sposób, przez co trauma Rachel wydaje się płytka, zaś postępowania Louisa są nielogiczne i zwyczajnie głupie. Zresztą to kolejna bolączka filmu, w którym bohaterowie podejmują najgorsze decyzje z możliwych. I tylko wspomniane wyżej zakończenie nosi znamiona udanej metafory, którą twórcy powinni podążać i na niej skupić swój film, a otrzymalibyśmy o wiele lepszą produkcję.

„Smętarz dla zwierzaków” trzeba rozpatrywać w kategorii porażki. Amatorzy horrorów z pewnością znajdują tu coś dla siebie, ale po tak udanym filmie, jakim było „To”, trzeba wymagać od adaptacji powieści Kinga właśnie takiego poziomu, a nie tak niskiego, jaki prezentuje nam duet reżyserów w swojej produkcji. O historii szybko się zapomina, a atmosfera zagrożenia ani na moment nie udziela się widzowi. I tylko żal całkiem niezłych ról Jasona Clarke’a, Amy Seimetz, a przede wszystkim Johna Lithgowa, robiącego co może, aby nieco podnieść lichy poziom filmu.

Ocena: 4/10

Oceny wszystkich zrecenzowanych przez nas filmów możecie sprawdzić na MediaKrytyk.

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz