Recenzja Blacksad: Under the Skin

Gdy The Wolf Among Us spotyka Zwierzogród?

Robert Chełstowski | @Zdzichsiu | | Przeczytasz w 11 min.
Blacksad Recenzja
Blacksad Recenzja

Pamiętacie The Wolf Among Us? Jedną z najlepszych, o ile nawet nie najlepszą grę od nieistniejącego już Telltale Games. Growe perypetie Wielkiego Złego Wilka bazowały na komiksach z serii Fables, gdzie postacie znane szczególnie z bajek dla dzieci, przeżywały swoje drugie życie w realnym świecie z wszelkimi jego brutalnymi elementami. Nietypowe klimaty noir okazały się świetnym pomysłem i bardzo dobrze przyjęły się na polu elektronicznej rozgrywki, ale fani nigdy nie doczekali premiery TWAU 2. Co więc powiecie na to, że ktoś inny postanowił zrobić coś w tych klimatach?

Ludzie z Pendulo Studios to twórcy między innymi dobrego przygodówkowego cyklu Runaway, a także dwóch odsłon spod szyldu Yesterday. Tym razem, zamiast tworzyć coś od nowa, postanowili iść za przykładem Telltale i zaadaptować na przygodówkę z rodzaju interaktywnych filmów serię komiksową. Wybór padł na Blacksada – francusko-hiszpańskie opowieści obrazkowe będące kryminałami mającymi akcję w Nowym Jorku lat pięćdziesiątych, gdzie wszystkie postacie zostały przedstawione jako antropomorficzne zwierzęta. W tym tytułowy Blacksad, główny bohater, czarny kot, detektyw.

Sprawa zaczęła się niewinnie. Właściciel miejscowej siłowni powiesił się na kilka dni przed walką bokserską najlepszego z jego podopiecznych. Do Blacksada przyszła jego córka, która odziedziczyła ośrodek szkoleniowy. Okazało się, że od czasu odkrycia zwłok, pretendent do pasa nie dał żadnego znaku życia. Podejrzewa się, że samobójstwo mogło być upozorowane, a wmieszany w sprawę bokser stara się teraz ukrywać przed policją. Czy tak się rzeczywiście stało, to sprawa drugorzędna. Nową właścicielkę obchodzi jedno. Blacksad ma znaleźć ich zawodnika za wszelką cenę, gdyż odbycie się tej walki to być albo nie być dla siłowni.

Jak można się domyślić, niczym w dobrym kryminale, owa sprawa się szybko komplikuje. Nie będę jednak zdradzać więcej szczegółów. Jeśli powyższy opis was niezbyt zaintrygował, to by być szczerym, mnie z początku też nie porwał. Ot, śledztwo jak śledztwo. Są wszystkie klasyczne elementy dla tego gatunku, już to widzieliśmy. Później jednak wszystko nabiera wielkiego rozpędu, w sprawę miesza się miejscowa szajka przestępcza, a na wierzch wychodzą nawet mroczne sekrety z czasów II wojny światowej.

II wojny światowej? Blacksad to dosyć nietypowa marka. To właściwie realne lata pięćdziesiąte, tyle że ludzi zamieniono na zwierzęta. Choć mam ochotę je nadrobić, dotychczas nie miałem styczności z komiksami. Dlatego też z początku trudno było mi się przekonać do realiów w Under the Skin. Obecność zwierząt zamiast ludzi kompletnie nic tu nie zmienia, to zwykły efekt kosmetyczny. Ba, jest nawet czynnikiem namnażającym dziury w logice. Pies może być rodziną kota? Nosorożec uprawia seks z łanią? Co wychodzi z takich połączeń międzygatunkowych? Czy ssaki mogą mieć dzieci z ptakami lub gadami?

Gdy przymkniemy oko, jakoś bardzo to nie przeszkadza w odbiorze fabuły, ale gdy zaczniemy rozmyślać nad tym, jak ten świat w ogóle jest w stanie działać, na pierwszy plan wychodzą głupstwa psujące spójność. W Blacksadzie zwierzęta to przebrani ludzie. I to nie tak, że to jakaś metafora, że zwierzęca skóra zależy od kojarzonego z nią charakteru… Nie. Po prostu są zwierzętami i już, bo tak. W pewnym momencie Blacksad ma udawać potentata handlowego z Teksasu. Spoko, ale ten jest łosiem! Jak kot może udawać łosia? Nikt nie dostrzegł, że nie ma rogów? Futerkowe postacie oczywiście nadają uroku, ale równie dobrze nie trzeba wielu zmian, by w tej historii mogli być zwykli ludzie. Ba, oni nawet w niektórych dialogach się nimi nazywają! (klik)

Ale zostawmy już tę kwestię. Jak pisałem, nie znam komiksów, może tam było to przedstawione lepiej. I jak już pominiemy tę kwestię, to gra się naprawdę dobrze. Fabuła wciąga, mechanika działa. To interaktywny film, jeśli lubiliście produkcje od Telltale, zagrajcie w Blacksada. Polecam, możecie się rozejść do domów. Tyle że nie… Bardzo chciałbym bez żadnego ale polecić wszystkim Under the Skin, ale niestety cierpi on na kilka znacznych problemów. Zacznijmy od kwestii, która rzuca się w oczy już od pierwszych chwil obcowania z tytułem. Nie jestem graczem, który często narzeka na sterowanie w grach pecetowych. W podobno niegrywalną tym sposobem Fifę gram na klawiaturze, ale tutaj kontrola nad kocim bohaterem doprowadziła mnie do szewskiej pasji.

Po pierwsze, we znaki daje się brak sterowania myszką. Z wszystkimi punktami aktywnymi w interakcje wchodzimy za pomocą spacji, a nakierowujemy na nie WSAD-em. Myszka służy tylko za minimalne sterowanie kamerą, co niezbyt przydaje się w większości sytuacji. Nie mogłem tego sprawdzić, ale zakładam, że na padzie grałoby się naprawdę dobrze, bo to typowy układ konsolowy. W kwestii pecetowego sterowania autorzy z Pendulo poszli jednak na ogromną łatwiznę i to faktycznie bardzo boli.

W Blacksadzie jedną z kluczowych mechanik są wyostrzone zmysły bohatera. Gdy klikniemy W podczas dialogu, czas zwalnia, dzięki czemu możemy wykorzystać niesamowity słuch, węch i wzrok detektywa do wypatrywania szczególnych cech rozmówców. Brzmi to fajnie i jest fajne, tyle że czasami też potrafi dać za skórę. Namierzanie w obecnym systemie sterowania jest okropne, gdyż podczas działania zmysłów musimy dokładnie trafić w punkt aktywny. W statycznych ujęciach nie sprawia to problemów, bo trochę tylko pokręcimy kursorem, ale w momentach, gdy trzeba to zrobić szybko, bo np. ktoś wyciąga broń, musisz szukać tego piksela i przez to ponosisz porażkę.

Jak to w interaktywnych filmach bywa, w Blacksadzie znajduje się także mnóstwo quick time eventów. Znamy to z gier Telltale i działa to tutaj bardzo podobnie. Do czasu… W przypadku większości przypadków z QTE nie ma większych problemów, gdyż sprowadzają się do zwykłego wciśnięcia przycisku w odpowiednik momencie lub mashowania go. Czasem jednak autorzy wprowadzają jakąś unikalną QTE-minigierkę, która pojawia się dosłownie raz lub dwa na całą grę i z automatu staje się ścianą.

Wpływ mają na to nieczytelne oznaczenia, a także mały margines błędu. W pewnej chwili do gry zostaje wprowadzone QTE, w którym musimy kliknąć przycisk w obrębie zawężonego okręgu czasowego. Nie idzie wyłapać tego za pierwszym razem. Później też jest trudno, bo okrąg ten trwa ułamek sekundy, a znak QTE pojawia się dopiero po momencie odliczania. Sprawy nie ułatwia też fakt, że trzeba idealnie trafić trzy razy pod rząd, bo czeka nas powrót do checkpointu.

A tam? Niepomijalny dialog… Rozumiem, że z racji przyjętej formuły interaktywnego filmu skipując filmiki i dialogi dałoby się pominąć 3/4 treści, no ale nie popadajmy w skrajności. Po chwili zapamiętałem słowo w słowo, co oni mówią podczas tego dialogu. Oczywiście koniec końców większość odbiorców to QTE zaliczy, bo da się z łatwością nauczyć na pamięć, kiedy trzeba kliknąć klawisz, ale np. co z osobami, które mają zaburzenia ręka-oko? W ustawieniach nie znalazłem żadnej opcji ułatwienia lub pominięcia quick time eventów.

Tutaj na pierwszy plan wysuwa się też kolejny mankament. QTE są zrobione tak sobie, gdyż idąca za nimi logika to archaiczne dla tego gatunku „wciśnij klawisz, by pójść dalej” niczym w Dragon’s Lair. Właściwie za każdym razem, gdy klikniemy zły przycisk lub zrobimy to w nieodpowiednim momencie, równa to się z odtwarzaniem całej sekwencji od nowa. W grach Telltale takie sytuacje należały do rzadkości, gdyż tam wynik QTE był de facto wyborem odtwarzanej scenki. Niezależnie od porażki, czy też sukcesu, opowieść toczyła się dalej. W przypadku porażki np. podczas biegu postać się potykała. Oczywiście ktoś powie, że to już samograj do kwadratu, ale moim zdaniem lepsze to od oglądania za każdym razem tego samego i klikania aż do skutku.

Pamiętajcie jednak, że powyższe rzeczy to skrajności. Sytuacje, które oczywiście mają miejsce w grze, są niezbyt fajne i muszę o nich wspomnieć, ale zdecydowanie należą do mniejszości. W ciągu 8-10 godzin potrzebnych na ukończenie Blacksada to zaledwie ułamek rozgrywki. Oprócz denerwującego sterowania, gra toczy się bezproblemowo i przyjemnie. Bo Under the Skin to nie tylko klikanie w punkty interaktywne i quick time eventy.

Są tu również rozmowy toczone na podstawie wybieranych dialogów. Niektóre podjęte przez nas decyzje mają wpływ na pojedyncze elementy w dalszej części opowieści. Nie są to gruntowne zmiany, a raczej napomknięcia, śledztwo kociego detektywa koniec końców i tak dojdzie do finału. Znamy to z tytułów Telltale i fani gatunku odnajdą się w tym jak w domu. I choć wprawdzie nie znalazło się tutaj miejsce na klasyczne statystyki wyborów prezentowane na koniec, to w trakcie gry można sobie podejrzeć wykresy opisujące cechy kreowanego przez nas Blacksada.

Dochodzi do tego element wyciągnięty wprost z gier o Sherlocku Holmesie od studia Frogwares, czyli powiązywanie na mapie myśli poszczególnych faktów i poszlak zbieranych podczas eksplorowania lokacji. To kluczowa mechanika, która popycha akcję do przodu. Podczas szperania po kątach, mamy również okazję do znajdywania naklejek do albumu kolekcjonerskiego, przypominające znane z prawdziwego świata naklejki Panini (klik). Znajdźki jednak nic nie dają oprócz symbolicznego osiągnięcia.

Na ogół oprawa graficzna w Blacksad Under the Skin cieszy oko. Nie jest to oczywiście poziom, który robi wrażenie pod względem wysokiej jakości tekstur i szczegółowością otoczenia, ale przyjęta stylistyka pasuje do całości. Szczególnie warte pochwały są animacje. Mimika Blacksada jest super, a sceny, gdy wkłada do ust papierosa i przystaje, by rozmyślać, idealnie budują klimat kryminału. Jedynie w niektórych miejscach daje się we znaki takie tanie, „plastikowe” oświetlenie.

Niestety występują tutaj także drobne błędy. W niektórych dialogach nie włącza się dźwięk. Zdarza to się zwłaszcza przy ręcznym wczytaniu gry, gdzie pół sceny potrafi być nieme. Gdy chcemy wyjść z sekcji poszlak, nie powiązując żadnego tropu, ekran robi się czarny i znika dopiero, gdy wciśniemy dodatkowo Esc. W pewnej chwili punkty aktywne przestały reagować na kliknięcia i zmuszony zostałem do restartu gry. Pewnie twórcy to popatchują, bo nie są to żadne poważne rzeczy, no ale są.

Napisałem wcześniej, że nie ma podsumowań decyzji. To pewne przekłamanie, bo są, ale nie w takiej formie, do jakiej przyzwyczaili nas inni. W menu głównym gry dostępny jest komiks służący jako retrospekcja, do którego wraz z postępem gry dodają się kolejne strony w zależności od tego, co zrobiliśmy. Raz, że służy to przypomnieniu sobie, co działo się wcześniej, jeśli gramy w dłuższych przerwach, a dwa, świetnie wpisuje się w rodowód komiksowy Blacksada. Aż szkoda, że po przejściu gry nie można tego eksportować do pdf’a i przeczytać.

Podoba mi się, że jest to pełny tytuł. Żadnych połowicznych cliffhangerów jak w The Wolf Among Us. Blacksad to samodzielna historia zarówno dla nowych osób, jak i zaznajomionych z komiksami z tej serii. Polecam tę produkcję szczególnie tym, którzy ograli już wszystko od Telltale i chcą więcej pod nieobecność gier tego studia. Dla chcących wejść w ten gatunek są lepsze pozycje, choć Blacksad wcale zły nie jest. Cierpi jedynie na kilka poważnych bolączek, ale da się w to grać z dużą przyjemnością. Zwłaszcza dzięki fabule. Opowieść śledzi się z nieustającym zaciekawieniem niczym dobry kryminał. Niedoróbki zaś zawsze można wyeliminować.

Plusy
  • Świetny detektywistyczny klimat
  • Mechaniki związane z łączeniem tropów
  • Oprawa graficzna i animacje
Minusy
  • Fatalne sterowanie na PC
  • Średnio przemyślane QTE
  • Drobne błędy wymienione w tekście
7
Ocenił
Robert Chełstowski
Recenzja PC

Recenzja powstała w oparciu o rozgrywkę z PC

Recenzje gier OpenCritic

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz