Mary Poppins powraca – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 6 min.
Mary Poppins powraca1

Aktorskie filmy studia Myszki Miki nie potrafią odnieść komercyjnego sukcesu. Ostatnimi czasy Disney polegać może wyłącznie na Marvelu oraz serii „Gwiezdnych wojen”, a i w obu przypadkach są pewne odstępstwa od normy. W tym roku Disney próbował trzykrotnie z własnymi aktorskimi filmami i tylko „Krzysiu, gdzie jesteś?” przyniosło studiu jakiekolwiek zyski. Pozostałe dwie produkcje, „Pułapka czasu” oraz „Dziadek do orzechów i cztery królestwa”, nawet nie zwróciły kosztów produkcji, przynosząc tym samym Disneyowi wielomilionowe straty. Światełkiem w tunelu jest powrót na ekrany po ponad pięćdziesięciu latach słynnej Mary Poppins, która miejmy nadzieję, że tak jak przypomina dzieciom o radosnej i beztroskiej zabawie, a z dorosłych potrafi wykrzesać dziecięcą cząstkę, tak tchnie w studio nowe pokłady energii na kolejne, tym razem lepsze aktorskie projekty. Bo wszystko wskazuje na to, że kontynuacja w reżyserii Roba Marshalla, nie okaże się kolejną artystyczną, jak również komercyjną porażką.

Michael Banks (Ben Whishaw), niespełniony artysta, pracujący na pół etatu jako kasjer w banku założonym przez swojego ojca, przeżywa kryzys po śmierci żony. Związać koniec z końcem pomaga mu nie tylko idąca w ślady matki siostra Jane (Emily Mortimer), która jest aktywistką na rzecz ubogich, czy gosposia Ellen (Julie Walters), ale również Anabel (Pixie Davies), John (Nathanael Saleh) oraz Georgie (Joel Dawson), trójka rezolutnych dzieci Michaela. Gdy przez brak spłaconego kredytu, bank chce przejąć dom rodziny Banksów, na pomoc przybywa dawno niewidziana znajoma rodzeństwa – Mary Poppins (Emily Blunt). Czasu na spłatę zadłużenia jest coraz mniej, ale dzięki magicznym umiejętnością osobliwej niani, nawet niemożliwe może stać się możliwe.

Mary Poppins powraca2

„Mary Poppins powraca” musi zmierzyć się z ponad pięćdziesięcioletnią legendą, która przyniosła Disneyowi aż trzynaście nominacji do Oscara i pięć statuetek. Nie jest to więc rzecz łatwa, ale kto miał sobie z tym poradzić, jak nie ekspert od musicali, czyli sam Rob Marshall. O dziwo, nowa odsłona „Mary Poppins” nie przypomina współczesnego kina familijnego. Film jest dosyć archaiczny, stworzony w kluczu poprzedniczki, dlatego można nową część traktować nie tylko jako kontynuację, ale również miękki remake, jako że wiele elementów zostało zaczerpniętych z filmu z 1964 roku. Nie brakuje więc sekwencji w animowanym świecie, czy tanecznej choreografii z udziałem całej grupy tancerzy, a fabularnym paliwem napędowym ponownie są chciwi bankierzy. Odniesień jest mnóstwo, ale film Marshalla traktuje je z należytą czcią, nie próbując przerobić na współczesną modłę.

Nie oznacza to jednak, że „Mary Poppins powraca” w całości przywraca stary film na ekrany, bo nowości jest wystarczająco dużo, aby widzowie znający disnejowski hit sprzed kilkudziesięciu lat nie czuli się znużeni. Ten niezwykły i magiczny świat został rozszerzony chociażby o krewną głównej bohaterki, której problemy spróbuje rozwiązać cała ferajna, podwodną krainę podczas kąpieli, czy wątku romansowego Jane. Sprawia to, że film jest nieco bardziej przygodowy od poprzedniczki, a lekcje Mary Poppins bardziej subtelne, jako że dzieci uczą się w praktyce podczas przeżywania przygód. W całej tej kolorowej i bajkowej podróży rozczarowuje jedynie finał, który jest naiwny i infantylny, a związek przyczynowo-skutkowy nie istnieje. Jeżeli jednak przyjmie się baśniową konwencję, na zakończenie można przymknąć oko, choć trochę szkoda, że skrzętnie pleciona intryga uratowania Banksów przez Mary Poppins otrzymała zakończenie po najmniejszej linii oporu.

Mary Poppins powraca3

„Mary Poppins powraca” to pełnoprawny musical i utwory specjalnie napisane do filmu dają radę, ale działają wyłącznie z resztą filmu. Brakuje tu piosenek, od których ciężko uwolnić się nawet po latach, jak „Dodaj cukru łyżeczkę” i „Superkalifradalistodekspialitycznie” z poprzedniej części. W nowej wersji utwory są rytmiczne i można przy nich tupać nogą, ale zarówno muzyka, jak i słowa wylatują z głowy zaraz po ich zakończeniu. Nie mam jednak nic do zarzucenia odtwórcom piosenek, którzy w swoich występach spisali się bez zarzutów.

W obliczu tak dużej liczby filmów ze świetnymi efektami specjalnymi, żeby tylko wspomnieć o „Avengers: Wojnie bez granic” i „Aquamanie”, film Roba Marshalla nie wyróżnia się jakoś spektakularnie na ich tle. Jest jednak na tyle dobrze, że ani na moment nie widać, że prawie cały film został nakręcony w studio z dekoracjami lub na zielonym tle. Największe wrażenie robią sekwencje z animkami, która to technika wciąż jest rzadko wykorzystywana, a szkoda, bo „Mary Poppins powraca” w pełni z niej korzysta, dostarczając najlepsze momenty w całym filmie. Warto również pochwalić osoby odpowiedzialne za scenografię, kostiumy i charakteryzacje. Wszystko wygląda tak jak należy, a stroje tytułowej bohaterki są olśniewające.

Mary Poppins powraca4

Zresztą tak samo jak rola Emily Blunt, która tworzy swoją własną wersję słynnej postaci, nie odwracając się, aby zaczerpnąć inspiracji od Julie Andrews. Blunt jako Mary Poppins nie stawia na baczność już samym uśmiechem, ale jest w niej sporo ciepła, gracji i naturalnego wdzięku. Blunt sprawdza się w tej roli w stu procentach i to właśnie za jej sprawą można być spokojnym, że o „Mary Poppins powraca” będziemy pamiętać jeszcze długo. Sprawdza się również Lin-Manuel Miranda jako świetlik Jack, pomagający Poppins w rozwiązaniu problemów Banksów. Szczególnie w scenach taneczno-śpiewanych, podnoszących dodatkowo poziom artystyczny filmu. Nie można nie wspomnieć także o Meryl Streep, która pojawia się jedynie na kilka minut, ale dla aktorki to wystarczająco dużo czasu, aby naznaczyć film swoją obecnością.

Mary Poppins powraca5

„Mary Poppins powraca” to staroszkolna produkcja familijna, bawiąca osoby w każdym wieku, dzięki której robi się cieplej na sercu, jednocześnie przypominając jak to jest czerpać radość z bycia dzieckiem, a najmłodszym daje wskazówki, że każde zajęcie może być okazją do zabawy i nową przygodą. Wiele rzeczy trzeba w filmie brać na wiarę, a piosenek po seansie z pewnością nie będziecie nucić, ale to udany, choć nieco zbyt archaiczny powrót do legendarnej postaci. Jednak dla samej świetnej roli Emily Blunt i przywodzącej na myśl klasyczne produkcje Disneya muzyki Marca Shaimana, warto wybrać się do kina i choć na chwilę poczuć dziecięcą radość z obcowania w magicznym świecie wykreowanym przez Mary Poppins.

Ocena: 7/10

Oceny wszystkich zrecenzowanych przez nas filmów możecie sprawdzić na MediaKrytyk.

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz