Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 9 min.
Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda1

O tym, że marka „Harry Potter” ma ogromny potencjał, wiedział chyba każdy. Jednak osoby, do których należą prawa, nie do końca wiedziały, jak po ośmiu filmach na podstawie siedmiu książek, stworzyć prawdziwe i bogate w magię uniwersum. Pięć długich lat fani najbardziej znanego czarodzieja musieli czekać, na nowy film. Powracający na stołku reżyserskim David Yates, wraz z J.K. Rowling, która odpowiada za scenariusz, wzięli na warsztat historię Newta Skamandera, rozgrywającą się dziesiątki lat przed narodzinami Harry’ego Pottera. Na nieszczęście, seria ta została podzielona na pięć części, którą ma zwieńczyć słynny pojedynek między Dumbledorem a Grindelwaldem. Zanim jednak do starcia dojdzie, czeka nas przeprawa przez kolejne filmy i jeżeli tendencja spadkowa się utrzyma, będzie można mówić o ogromnym rozczarowaniu niewykorzystanego potencjału tkwiącym w tworzeniu uniwersum „Harry’ego Pottera”.

Grindelwald (Johnny Depp), najgroźniejszy czarnoksiężnik magicznego świata, ucieka podczas przewiezienia go do więzienia w Europie, gdzie miał stanąć przed sądem za swoje dotychczasowe zbrodnie. Jedynym czarodziejem, który może się z nim równać jest Albus Dumbledore (Jude Law), profesor Hogwartu, do którego zwraca się Brytyjskie Ministerstwo Magii. Dumbledore związany jest jednak paktem ze swoim dawnym przyjacielem. Zleca więc swojemu byłemu uczniowi – Newtowi Skamanderowi (Eddie Redmayne) – udanie się do Paryża i odnalezienia Credence’a (Ezra Miller), który przebywa w stolicy Francji, poszukując śladów swojego pochodzenia. Newt nie jest jednak jedynym, który pragnie odnaleźć posiadacza groźnego obskurorodziciela. Na trop zagubionego chłopaka wpada Tina Goldstein (Katherine Waterston), obecnie pracująca dla ministerstwa jako auror, tajemniczy Yusuf Kama (William Nadylam), mający prywatne porachunki z rodziną Lestrange’ów, oraz sam Gellert Grindelwald, zbierający swoich popleczników w Paryżu. W całą śmiertelną intrygę wplątuje się mugol Jacob Kowalski (Dan Fogler) i jego ukochana Queenie (Alison Sudol).

Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda2

„Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda” niebezpiecznie udowadniają, że rozpisanie całej opowieści na pięć części i zostawienie najlepszego na koniec, nie posłużyły pierwszym, mocno ekspozycyjnym i wprowadzającym filmom. Jednak tam, gdzie „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” mieliśmy urocze i wdzięczne postacie, i to nie tylko te ludzkie, które potrafiły przyczynić się, że można było przymknąć oko na scenariuszowe niedoskonałości, tak druga część obfituje w taką liczbę postaci i wątków, że ciężko do kogokolwiek się na dłużej przywiązać, bo już po chwili skaczemy w zupełnie inne miejsce. Tej małej katastrofy jaką są „Zbrodnie Grindelwalda” nie zapowiada absolutnie świetne otwarcie. Efektowna i dynamiczna scena spowitego w mroku i skąpanego w deszczu międzywojennego Nowego Jorku, gdzie w powietrzu walczą ze sobą czarodzieje na śmierć i życie, robi ogromne wrażenie i gdyby tylko Yates z Rowling utrzymali takie tempo, widz nie nudziłby się ani na moment.

Nuda to poważny zarzut, jaki można mieć do filmu. Cały drugi akt nadaje się do poprawy, bo zupełnie nic ciekawego się w nim nie dzieje. Twórcy bardzo nieskładnie, bez pomysłu i jakiegokolwiek ciągu przyczynowo-skutkowego, żonglują kolejnymi wątkami i bohaterami, a wyraźnie pocięte niektóre sceny jeszcze mocniej psują jakikolwiek efekt próby wejścia w film i zaangażowania się. Naprawdę niektóre wątki, szczególnie postaci mniej istotnych, można byłoby wyciąć, a niektórych bohaterów zwyczajnie się pozbyć. Wprowadzenie wątku Kowalskiego i Queenie jest po prostu okropne, a jak się okazuje, ich pojawienie się w filmie nie wnosi absolutnie niczego do historii. Zresztą twórcy robią niedźwiedzią przysługę widzom, którzy pokochali Jacoba czy Niuchacza, więc wyszli z założenia, że w kontynuacji nie może ich zabraknąć. Kowalski został odarty z bycia pomocnikiem Skamandera, więc pozostało mu jedynie zabawiać widzów lichymi żartami, zaś co się tyczy Niuchacza, to tym razem na ekranie przewija się nie jeden, a kilka z nich. Yates i Rowling powinni zrozumieć, że co za dużo, to nie zdrowo.

Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda3

Szczególnie, że coraz gorsze pomysły mają na tytułowe magiczne istoty. Zresztą to był olbrzymi błąd uczynienie z fantastycznych zwierząt równorzędnych bohaterów, bo odkrywanie magicznych istot w pierwszej części miało jeszcze jakiś sens, zaś w „Zbrodniach Grindelwalda” ciężko nie odnieść wrażenia, że są jedynie niepotrzebnymi zapychaczami, żeby nikt się nie przyczepił, że brakuje ich w filmie. To od początku powinna być seria o słynnym starciu dwóch najpotężniejszych czarodziejów swoich czasów, nie zaś historia ze zwierzętami w tle, obojętnie jak magicznymi i pożytecznymi by nie były. Ten patent w tej części, zdecydowanie mroczniejszej i poważniejszej w tonie, zwyczajnie już nie działa.

Tak samo jak rozbudowa czarodziejskiego świata. Miałem zarzut do pierwszej części, której na próżno było szukać tej tajemniczej i urzekającej magii, specyficznej aury i atmosfery z serii o „Harrym Potterze”. Tam odkrywanie całego świata i jego historii było czymś niezwykłym, w „Fantastycznych zwierzętach” zostało sprowadzone do czegoś normalnego i zwykłego. Tak samo jest w „Zbrodniach Grindelwalda”, które oczywiście ma przebłyski, chociażby jedna scena retrospekcji z Hogwartu potrafi wzbudzić nutkę nostalgii, ale to za mało, aby poczuć ten sam rodzaj magii, jaka była w ośmiu częściach o czarodziejskim chłopcu. Przez co „Fantastyczne zwierzęta” stają się kolejnym generycznym filmem fantasy, nie wzbudzającym zachwytu światotwórstwem.

Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda4

Dobrego słowa nie można napisać też o samych postaciach, zarówno tych powracających, jak i nowych. Newt Skamander dobrze funkcjonował w zróżnicowanej grupie z poprzedniej części. Gdy teraz sam musi dźwigać na barkach swój wątek, jest naprawdę źle. Irytuje jego społeczny autyzm, w którym najwyraźniej Eddie Redmayne zaczął się lubować, bo miejscami staje się nieznośnie pretensjonalny. Niewiele do dodania ma Katherine Waterston jako Tina, która odgrywa na autopilocie swoją rolę sprzed dwóch lat. Nawet niezły z poprzedniej części Ezra Miller jako Credence, został zmuszony grać przez cały film na tej samej linii.

Złego słowa powiedzieć za to nie można o interpretacji Dumbledore’a w wykonaniu Jude Law’a. Aktor ma raptem kilka scen do zaprezentowania się, ale pozostawia po sobie dobre wrażenie, z obietnicą ciekawej i charyzmatycznej kreacji w kolejnych odcinkach. Pochwalić warto również Johnny’ego Deppa, który ani na sekundę nie przywołuje ducha Jacka Sparrowa. Kontrowersyjny aktor potrafił utrzymać na wodzy swoje ego, bez zarzutów wcielając się w Grindelwalda, który co prawda nie wzbudza takiej grozy jak Voldemort, a na słowo musimy uwierzyć w jego wielkie umiejętności, ale jest to człowiek okrutny, niewahający się zlecenia zamordowania małego dziecka, dążący do swojego celu po trupach. Zresztą przez prawie cały film wydaje się, że Grindelwald będzie typowym przeciwnikiem jakich wielu w blockbusterach, ale pod koniec jedna scena zupełnie zmienia odbiór tej postaci. Brakuje jej aż takiej głębi jaką miał chociażby Thanos w „Avengers: Wojna bez granic”, ale niewiele twórcom zabrakło, aby pogłębić motywacje tego bohatera do zmian reguł rządzących oboma światami.

Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda5

Przez takie nagromadzenie postaci, żadna nie ma wystarczająco czasu, aby jakkolwiek się rozwinąć. Leta Lestrange (Zoë Kravitz) i Theseus Skamander (Callum Turner) mają potencjał na coś więcej, szczególnie z niełatwymi relacjami z Newtem, ale tak jak i Yusuf Kama, Nagini (Claudia Kim) oraz Nicolas Flamel (Brontis Jodorowsky), są jedynie zapychaczami, mającymi odegrać swoją rolę w odpowiednim momencie. Niestety relacje między bohaterami pozostawiają sporo do życzenia i zbyt często ocierają się o dramaturgię rodem z „Mody na sukces”. Gdy Yusuf opowiada historię swojej rodziny, a następnie włącza się Leta, przedstawiająca drzewo genealogiczne rodziny Lestrange, pozostaje wyłącznie jak najszybciej uciec z sali kinowej z zażenowania. Rowling potrafi pisać książki, ale jej doświadczenie w żaden sposób nie procentuje przy pisaniu scenariuszy i to, co w powieści mogłoby zadziałać, na język filmowy nie da się tego przełożyć i później dochodzi do takich wybryków scenopisarskich, które nie powinny mieć miejsca w tego typu kinie rozrywkowym. Podobnie jest, gdy na sam koniec filmu poznajemy tożsamość Credence, gdzie Rowling wyraźnie przekracza granice dobrego smaku i zwyczajnie oszukuje widzów, na siłę wprowadzając zwrot akcji, który nie ma prawa zadziałać, ani tym bardziej odpowiednio wybrzmieć.

„Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda” to film jeszcze gorszy od części poprzedniej, nie mający startu do produkcji o przygodach Harry’ego Pottera. J.K. Rowling powinna wreszcie zrozumieć, że potrzebna jest jej pomoc doświadczonego scenarzysty, który odpowiednio poukłada jej pomysły na rozwój uniwersum w logiczną i składną całość, zaś David Yates jest w tym świecie już od ponad dekady i w kolejnych częściach powinien zastąpić go reżyser z większą werwą i fantazją, inaczej cały czas będziemy dostawać męczące i coraz bardziej pogrążające się w fabularnej płyciźnie filmy. Z całego tego bałaganu obronną ręką wychodzą efekty specjalne, których najlepszy pokaz możliwości dostajemy pod koniec filmu, gdzie wreszcie można poczuć mały dreszczyk emocji. „Zbrodnie Grindelwalda” okazują się więc niepozbawionym skaz, ale jedynie ładnie opakowanym pustym pudełkiem.

Ocena: 4/10

Oceny wszystkich zrecenzowanych przez nas filmów możecie sprawdzić na MediaKrytyk.

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz