The Meg – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 6 min.
The Meg1

Megalodon to wymarły krewny rekina, który mógł mierzyć prawie 20 metrów. Na całe szczęście w dzisiejszych czasach jest już tylko historią, jako że wyginął niecałe trzy miliony lat temu. Ale co jeśli, tak ogromny podwodny stwór znów pojawiłby się na Ziemi? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Jon Turteltaub w swoim najnowszym filmie. Aż dziwne, że do walki z przerośniętym rekinem ludojadem nie zatrudniono Dwayne’a Johnsona, jako specjalisty od tego typu kina. Zamiast popularnego The Rocka musimy liczyć na innego sztandarowego łysola od zadań specjalnych. W „The Meg” ratować ludzkość przed złą rybą będzie sam Jason Statham. Już teraz sami możemy przekonać się, czy powiedzie mu się ta arcytrudna misja.

Jonas Taylor (Jason Statham) był nurkiem-ratownikiem, ekspertem w swojej dziedzinie, dopóki przed pięcioma laty nie podjął decyzji, przez którą śmierć poniosło kilka osób. Jego sytuacji nie ratowały własne zeznania, w których przyznał, że w głębinach widział stwora nienaturalnej wielkości. Przebywający na emeryturze na Filipinach, zostaje wyrwany z alkoholowego ciągu, aby znów podjąć się heroicznego czynu. Musi jak najszybciej zejść na głębokość 11 tysięcy metrów i uratować uwięzionych w łodzi podwodnej naukowców badawczego ośrodka kierowanego przez dr Minwaya Zhanga (Winston Chao). Badawcza ekspedycja miała zbadać niedostępny wcześniej dla człowieka podwodny świat, kryjacy się za warstwą termokliny w najgłębszym miejscu na planecie. Nie wiedzieli jednak, że w nieznanych wodach żyją morskie stworzenia, o których świat już dawno nie słyszał. Podczas misji ratunkowej utworzone zostaje wyłom w termoklinie, przez którą wydostaje się wygłodniały megalodon.

The Meg2

Jeżeli po „The Meg” oczekujecie efektownej zabawy na poziomie, to trafiliście pod zły adres. Poprzeczka przez guilty pleasure z Dwaynem Johnsonem nie była wysoko zawieszona, a mimo wszystko film w żadnym momencie nie dobija do i tak niskiego poziomu. Jeszcze najlepsza jest pierwsza godzina filmu, gdzie dzielny, zawadiacki i posługujący się ciętymi ripostami Statham (bo kto by kłopotał się zapamiętania imienia jego bohatera?), powraca do swojego zawodu o podwyższonym ryzyku i stara się pomóc trzyosobowej załodze łodzi podwodnej. Już wtedy scenariusz objawia wiele pomniejszych, ale łatwych do przełknięcia głupot fabularnych. W końcu to film akcji z reprezentatywną gwiazdą tegoż rodzaju kina, więc na co komu jakakolwiek logika czy naukowe fakty. Wszyscy i tak chcą zobaczyć, jak drugi ulubiony łysol Hollywood okłada się z przerośniętym rekinem. Pomimo tego to najbardziej klimatyczny i ciekawy fragment całego filmu, któremu może i brakuje napięcia oraz emocji, bo sprawny widz z góry założy co się dalej wydarzy i prawdopodobnie będzie miał rację, ale Jonowi Turteltaubowi udaje się z tego fragmentu wyjść obronną, reżyserską ręką.

Już po zwiastunach wiedziałem, że fabuła ruszy dalej i tytułowy stwór zacznie terroryzować plaże niczym jego starszy (a może młodszy?) kuzyn z filmu Spielberga. Dlatego byłem dodatkowo rozczarowany i zawiedziony, bo w ekstremalnie niebezpiecznej misji ratunkowej był potencjał, na stworzenie całego filmu. I postawienie ciężaru obrazu właśnie na tym wątku, wyszłoby produkcji na dobre, a widz mógłby otrzymać ciekawą i emocjonującą mieszankę akcji z horrorem. Twórcy nie mieli jednak zbytnich ambicji straszyć widza atmosferą czy tym bardziej jump scare’ami, a rekina wielokrotnie widzimy w pełnej okazałości lub na zbliżeniach, więc nie bardzo jest czego się bać. A może jednak jest, bo druga połowa obfituje w takie absurdy, głupoty i niedorzeczności, że mogą zawstydzić nie tylko „Piranię 3D”, ale nawet serię „Rekinado”. To co jednak łączy wymienione tytuły, to tworzenie ich wyłącznie w ramach zgrywy, pastiszu, przysłowiowej „beki”, zaś „The Meg” pomimo komediowej warstwy, nie jest filmem zrobionym dla śmiechu. Ale nawet humor mocno kuleje i z licznych żartów, a z każdą kolejną minutą jest ich coraz więcej (bo na co komu budowanie dramatyzmu i grozy, skoro można z uśmiechem płynąć z torpedą na gigantyczną skamielinę), zaśmiałem się dosłownie raz. Pozostałe są na tak płytkim poziomie, że wywołują wyłącznie poczucie zażenowania na tyle silne, że instynktownie chce się wybiec z kina. Żarty najlepiej reprezentują poziom dialogów w całym filmie, za których napisanie musiał odpowiadać mało rozgarnięty stażysta pracujący za darmo.

The Meg3

Gwoździem do wieka klatki na rekiny okazuje się do bólu stereotypowe postacie. Statham „stathamuje” i nawet nie bardzo się stara, aby na chwilę wyjść z roli odważnego twardziela. Twórcy nie zapomnieli napisać mu wątku romansowego, oczywiście z największą pięknością, w którą wciela się Bingbing Li. Z pozoru to równie odważna kobieta, ale i tak Statham musi wielokrotnie ratować jej z opresji. „The Meg” to towar eksportowy, który ma trafić do chińskiej publiczności i sądząc po wynikach finansowych (prawie 120 mln dolarów w samych tylko Chinach), ta sztuka się udała. Akcja filmu rozgrywa się na terytorium Chin lub na pobliskich wodach, a oprócz Li zatrudniono jeszcze Tajwańczyka Winstona Chao, wcielającego się w ojca jej bohaterki, a dla urozmaicenia dorzucono Japończyka Masi Okę. Z całej obsady najlepiej i najbardziej wiarygodnie wypada Shuya Sophia Cai, jako ośmioletnia córka kobiety od opałów. Dziewczynka jest urocza i urzeka od pierwszej sceny. Źle wypada cała reszta obsady. Page Kennedy jako DJ pracuje w podwodnej placówce badawczej, a nawet nie potrafi pływać, zaś Ruby Rose jest ekspertką od komputerów i w zasadzie to wszystko co o niej wiadomo. Jest jeszcze postać grana przez Rainna Wilsona, który jest chciwym biznesmenem bez serca. Nuda.

Przez następne kilka akapitów, mógłbym bez trudu wymieniać wszystkie głupoty, jakie film nam serwuje, które okazują się często sprzeczne ze sobą, a mimo wszystko występują w tej produkcji obok siebie, ale rannego, a raczej umierającego się nie kopie. „The Meg” nie spełnia więc podstawowych kryteriów do uznania go za udany letni blockbuster, a nawet jako film do wybrania się ze znajomymi, aby wyluzować i pośmiać się po ciężkim dniu, nie sprawdza się za dobrze. Okropny scenariusz i kiepska reżyseria w drugiej połowie położyły tę produkcję. Trzeba było jednak nie odkopywać tej skamieliny.

Ocena: 2/10

Oceny wszystkich zrecenzowanych przez nas filmów możecie sprawdzić na MediaKrytyk.

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz