The Batman (2022) – recenzja. Świetny Batman w przeciętnym filmie

The Batman
The Batman

Od pierwszej zapowiedzi nowy film o Batmanie z Robertem Pattinsonem w roli głównej, przedstawiany był jako mroczne studium Bruce’a Wayne’a, któremu bliżej do kinowego Jokera, niż filmów Nolana. Niestety finalnie zapowiedzi te zostały zrealizowane tylko połowicznie, owszem The Batman daleko do filmów z Christianem Bale’em, ale niestety nie jest mu przez to wcale bliżej do dzieła Todda Phillipsa.

https://www.youtube.com/watch?v=QDPnD0FLCd4

Już od pierwszych minut zostajemy przytłoczeni mrocznym klimatem, który towarzyszy produkcji do samego końca. Bez wątpienia ta namiastka stylistyki noir okraszona niepokojącą ścieżką dźwiękową, jest jednym z największych atutów nowej wersji przygód Mrocznego Rycerza. Ale zacznijmy jednak od początku, czyli od fabuły. W Gotham trwa właśnie kampania wyborcza, podczas której w opałach znajduje się urzędujący burmistrz. Niestety nie będzie mu dane przełknąć goryczy politycznej porażki, gdyż podczas halloweenowego wieczoru zostaje brutalnie zamordowany w swoim apartamencie. Sprawą zajmuje się porucznik Gordon i do pomocy, pomimo niechęci innych funkcjonariuszy, wzywa Batmana. Jego przybycie nie wynika jednak z bezradności Policji, lecz z faktu, że przy ofierze zaleziono list „zaadresowany” do mściciela w masce. W nim znajduje się zagadka, która nakierowuje detektywów na kolejną ofiarę oraz rzuca nieco światła na intencje mordercy. Od tego momentu zostajemy porwani w wir śledztwa, w którym Batman wraz z Gordonem i obracającą się w nieciekawym towarzystwie Seliną Kyl, starają się powstrzymać Riddlera. Sprawa jednak jest nieco bardziej skomplikowana i przy okazji odkrywają powiązanie skorumpowanej policji i wysoko postawionych urzędników miejskich z mafijnym półświatkiem. Nie da się ukryć, że sam sposób prowadzenia śledztwa i ścigania przestępców, w skąpanym w mroku Gotham, jest mocno inspirowany takimi klasykami detektywistycznymi, jak chociażby Siedem. Sama historia jednak nie ma aż takiego ciężaru gatunkowego, no i parafrazując słowa Lloyda Bentsena z amerykańskiej kampanii wyborczej z 1988 roku:

Panie Reeves oglądałem filmy Davida Finchera, znam Davida Finchera, David Fincher był moim przyjacielem. Panie Reeves, żaden z pana David Fincher.

Jednak zanim zacznę obrzucać The Batman błotem, zacznijmy od tego co mi się w filmie podobało. Z pewnością oprócz wspomnianego mrocznego klimatu, dużym plusem jest dobrze dobrana obsada i sama gra aktorska. Szczególnie Colin Farrell wcielający się w Pingwina oraz John Turtutto w roli Falcone, zagrali bezbłędnie. Podobnie zresztą Paul Dano, który odgrywając rolę Człowieka Zagadki, był jedynym pozytywnym aspektem, bardzo źle zrealizowanej końcówki filmu. Złego słowa nie mogę też powiedzieć o Robercie Pattinsonie, który mógłby zostać najlepszym Batmanem, gdyby tylko jego postać została odpowiednio dobrze napisana. To samo tyczy się Zoë Kravitz, której talentu nie jestem szczególnym wielbicielem, ale tutaj narkotyczne spojrzenie odziedziczone po mamie, sprawdziło się zaskakująco dobrze. I w zasadzie mógłbym tak wymieniać jeszcze długo, gdyż ciężko znaleźć kogoś, kto aktorsko się wyłożył, wręcz przeciwnie, aktorzy dali z siebie zdecydowanie więcej niż scenarzyści. I to jest zaskakujące, gdyż pomimo że film trawa niemal trzy godziny, a sama historia nie jest jakoś szczególnie rozbudowana, twórcom zabrakło czasu by w unikalny i niespotykany dotąd sposób nakreślić portret psychologiczny któregoś z bohaterów, o samym Batmanie już nie wspominając.

The Batman Robert Pattinson Recenzja Filmu Min

Otóż Batman w nowej adaptacji swoich przygód, z jednej strony usilnie jest kreowany na postać skomplikowaną, z drugiej jednak nie poświęcono mu zbyt wiele czasu i uwagi, by należycie go sportretować. Od śmierci rodziców Bruce’a Wayne’a minęło 20 lat, podczas których nie wiemy za bardzo, co z chłopakiem się działo i jak narodził się jako Batman. Znamy jedynie cel jego nocnej działalności, którym jest zemsta. Gdy nie jest bohaterem siejącym postrach wśród przestępców, jest neurotycznym samotnikiem, nie za bardzo przyjmującym się finansową spuścizną po swoich rodzicach. Jest to zupełne przeciwieństwo Bruce prezentowanego w filmach Nolana czy nawet Burtona. Nie jest to oczywiście zarzut, gdyż właśnie tego od filmu Reevesa oczekiwaliśmy, jednak ostatecznie zabrakło w tym głębi, zabrakło umiejętnego naszkicowanie Batmana jako postaci skomplikowanej, zmagającej się z własnymi demonami. Spodziewałem się nieco bardziej dojrzałego i szczegółowego przedstawienia postaci, dostałem jedynie wariację na temat komiksowego bohatera. Wielka szkoda, że zabrakło odwagi, by w pełni oderwać się od płytkiego popcornowego schematu filmów superbohaterskich i nie ujawniono w pełni wewnętrznego mroku Batman, którego można zakosztować, chociażby na kartach komiksów.

The Batman (2)

Jednak sam Matt Reeves również od komiksów chciał się odciąć odbierając nietoperzowi nieco superbohaterskości. Batman nie lata więc między budynkami, a najczęściej wykorzystywanym przez niego gadżetem jest linka z hakiem. Z kolei podczas siłowego rozwiązywania problemów często wkrada się w jego poczynania odrobina naturalnej niezgrabności i temperamentu. Jadnak i tu twórcom zabrakło konsekwencji i z jednej strony mamy marsz w kierunku realizmu, z bolesnymi upadkami i ograniczeniami bohatera, z drugiej dostajemy sceny, w których bomba dosłownie wybucha w jego twarz, nie powodując nawet pęknięcia w kącikach ust.

Kolejną sprawą, którą pokpiono, jest fatalnie zrealizowany wątek romantyczny Batmana i Kobiety Kot. Między bohaterami nie ma chemii, a ich zbliżenia ograniczają się do niewinnych pocałunków, często w najmniej odpowiednich ku temu momentach. Fragmenty te odbierały powagę sytuacji i swoją kiczowatością przypominały sceny z filmów akcji z lat 90. ubiegłego wieku. Co gorsza, sam „romans”, którego bardziej zaawansowanego stadium doświadcza większość czwartoklasistów, stał się poniekąd inspiracją do sceny wieńczącej całe widowisko. Ciężko mi było poczuć jej ciężar, gdyż lichy związek Bruce’a i Seliny miał zaledwie charakter miłostki dwójki introwertycznych nastolatków.

The Batman

A jeśli już przy finale jesteśmy, to jak wspomniałem wcześniej, jest to zdecydowanie najgorszy fragment The Batman. Bo trzeba to podkreślić, że przez 2,5 godziny film jest całkiem bardzo dobrze zrealizowany. Zdjęcia, sceny walki czy pościgów, stworzone są perfekcyjnie i z domieszką artyzmu, który zdecydowanie wyróżnia film Reevesa na tle kina superbohaterskiego. Na końcu jednak ponownie zabrakło konsekwencji, a być może przede wszystkim pomysłu i otrzymaliśmy iście blockbusterowy finał, i to zarówno pod względem samego rozmachu w realizacji scen, jak i fabularnego zwieńczenia historii. Tej wisienką na torcie jest naiwna przemiana wewnętrzna bohatera i okoliczności, w jakich nastąpiła. Chciałbym napisać, że to poziom filmów dla nastolatków, ale byłoby to zbyt obraźliwe w stosunku do młodszego odbiorcy.

The Batman to produkcja bardzo nierówna, która pod płaszczykiem artyzmu, świetnej gry aktorskiej i wielu sprawnie zrealizowanych scen, skrywa naiwną historię o niedojrzałym bohaterze. I nawet ciężko jest uznać protagonistę jako dobrego detektywa, gdyż co prawda świetnie rozwiązuje zagadki Riddler, ale jednak łączenie faktów nie wychodzi mu najlepiej i co chwilę daje się wodzić wszystkim za nos. W jednej ze scen Pingwin mówi do Gordona i Batmana, że jak to możliwe, że dwójka najlepszych detektywów w mieście jest tak głupia. I nie ukrywam, że sam wielokrotnie zadawałem sobie to pytanie podczas seansu.

Czy zatem warto obejrzeć The Batman? Pomimo powyżej krytyki myślę, że tak, gdyż jest to ciekawe spojrzenie na najbardziej mrocznego i skomplikowanego superbohatera i to nie tylko z uniwersum DC. To dobrze zrealizowany film, który zawodzi w finale. Zdaje się, że Matt Reeves nie miał odwagi, by zupełnie odciąć się od konwencji kina superbohaterskiego i stworzyć ambitne studium psychologiczne protagonisty balansującego między prawem a bezprawiem, zdrowym rozsądkiem i obłędem. Pod tym względem nowa rewizja Batmana jest mniej spójna niż te serwowane przez Burtona czy Nolana, co wcale nie oznacza, że jest to film gorszy niż wszystkie tytułu w uniwersum zaserwowane przez wymienionych reżyserów, ale też na pewno nie jest najlepszy. Czy czekam na drugą część? Oczywiście. Reeves zasługuje na drugą szansę.

Recenzja The Batman
7
Ocenił Kamil Kościelniak