Steel Division II – recenzja

Kasjan Nowak | @Kasjan_Nowak | | Przeczytasz w 5 min.
Steel Division 2 Art
Steel Division 2 Art

Eugen Systems, czyli studio stojące za serią Steel Division, a wcześniej za cyklem Wargame, to specjaliści od strategii. Jeszcze z Paradoxem jako wydawcą, wydali w 2017 roku Steel Division: Normandy 44, którym zachwycał się w swojej recenzji Jakub. Swoją kolejną grę Francuzi ponownie osadzili w realiach II Wojny Światowej, ale skupili się na innym froncie globalnego konfliktu. Czy warto dać szansę tej nietypowej strategii jaką bez wątpienia jest Steel Division II?

W Steel Division II gracz otrzymuje szansę zmierzenia się w bitwach toczonych w ramach operacji Bagration, czyli sowieckim marszu na zachód (w tym przypadku chodzi o walki na terenach dzisiejszej Białorusi). Eugen Systems postanowiło podejść do rozgrywki dla jednego gracza w inny sposób niż w „jedynce”, dając tym razem do dyspozycji 4 kampanie, w których łączone są zarządzanie wojskiem i planowanie działań z dowodzeniem jednostkami na polu bitwy. Pierwsza faza gry skupia się na rozgrywce turowej, gdzie na mapie pokazującej skrawek obszaru objętego daną kampanią, przesuwamy nasze wojska niczym figurki na szachownicy. Kampania trwa raptem kilka-kilkanaście dni, dlatego tur nie jest zbyt wiele, a celów do zdobycia (lub skutecznej obrony jeśli gramy Niemcami) jest sporo. Zarządzanie polega również na odpowiednim przesuwaniu jednostek, czyli nie zostawianiu ich w ewentualnym zagrożeniu okrążenia przez wojska wroga, co skutkuje odcięciem od zapasów czy benzyny. Ta część rozgrywki jest bardzo wymagająca, dlatego przydałby się konkretny samouczek tłumaczący zasady gry w sposób jasny i nie pozostawiający niedomówień. W tym aspekcie Eugen Systems niestety się nie popisało.

Sam pomysł nie jest jednak taki zły i prowadzenie konfliktu w taki sposób bardzo mi się podobało. W momencie w którym chcemy zaatakować przeciwnika lub bronić się podczas jego tury, przechodzimy na tryb taktyczny i rozpoczyna się bitwa. Sterować podczas niej możemy maksymalnie 3 kompaniami. W zależności od tego jak daleko znajdują się te wojska od głównego punktu walki, tak „wejdą do gry” w 1 z 3 faz bitwy. Każda kompania różni się między sobą – jakiś pluton składa się z samych żołnierzy, gdzieś mamy czołgi, artylerię. Ich moc jest zresztą zapisana w odpowiednim miejscu. Na polach bitwy należy dążyć do zajęcia jak największej liczby kluczowych punktów. Czym większa będzie przewaga wroga, tym szybciej upływa czas do skończenia bitwy. Ma to o tyle duże znaczenie, że możemy nie zdążyć obronić się przed dotarciem posiłków. Co nie spodobało mi się zbytnio w bitwach, to ich różnorodność. Owszem, bitwy są długie, wciągające i potrafiły przykuć moją uwagę i raczej nie dążyłem do automatycznego rozgrywania starć (a da się, jak w serii Total War). Jednak to wszystko sprowadza się do atakowania lub bronienia. Tutaj też wychodzi pewien mankament, gdy kampania jest swego rodzaju piaskownicą, gdzie nie mamy jasno stworzonych misji. Poza bombardowaniami wroga w swoich turach, nie ma za bardzo dodatkowych opcji. Dużą zaletą z kolei  jest świetny,  niespotykanego w innych RTSach, wybór jednostek. Gdy mamy ogromny wachlarz jednostek, jesteśmy w stanie stworzyć taki „zestaw”, który najbardziej nam będzie pasował. Największa żelazna maszyna padnie pod naporem partyzantów z bazooką lub katiuszy.

Pochwalić muszę twórców za nieźle przygotowany interfejs. Gra jest bardzo czytelna pomimo wielu jednostek do kontrolowania czy to na mapie kampanii, czy bitwy. Sama oprawa wizualna trzyma niezły poziom, przy tylu jednostkach na ekranie optymalizacja nie leży, a widoki cieszą oko – zbliżyć widok z lotu ptaka możemy aż do praktycznie perspektywy zza pleców pojedynczego żołnierza. Jeśli gdzieś trzeba być skoncentrowanym na tylu jednostkach, to łatwo o porażkę, gdy zapomnimy się i będziemy podziwiać jedno z wielu dziejących się naraz starć.

Ostatnim punktem wartym omówienia jest tryb dla wielu graczy. Dla miłośników serii jest on bardzo istotny,  ale niestety nie miał dobrego startu. Jedną z rzeczy denerwujących najbardziej jest matchmaking – czasem trzeba czekać nawet do pół godziny zanim trafimy na rywala. Brak sensownego samouczka skutkuje tym, że często gęsto gracze wychodzą w trakcie bitwy, nie potrafiąc poradzić sobie z doświadczonym przeciwnikiem. W sporcie nazywa się to „mismatch”. Jeśli więc czekasz na przeciwnika 30 minut, by po 5 kolejnych szukać następnego, to z pewnością możesz się szybko do gry zniechęcić.

Steel Division II to ciągłe niezłe doświadczenie, choć autorzy nie do końca postarali się z ofertą dla graczy nastawionych na samotną rozgrywkę, jak i zmagania sieciowe . Przekładana data premiery też nie brała się znikąd, bugi na premierę nie zostały załatane i wciąż potrafią uprzykrzyć życie. Brak porządnego samouczka może odstraszyć graczy, więc tryb multiplayer będzie oblegany jedynie przez weteranów, dla których nie będzie problemem koszenie żółtodziobów, gdy matchmaking spisuje się słabo. Koniec końców to może być gwóźdź do szybkiego upadku gry w sieci, choć oczywiście nie życzę tego twórcom. Takich ciekawych strategii, trudnych, ale nieszablonowych i z potencjałem, nie mamy na rynku zbyt wiele, a Eugen Systems może nam co kilkanaście miesięcy dostarczać tego typu produkcje.

Plusy
  • długie, wciągające bitwy
  • pomysł na kampanię
  • wiele jednostek do wyboru
  • oprawa wizualna
Minusy
  • matchmaking
  • brak konkretnego samouczka
7.5
Ocenił
Kasjan Nowak
Recenzja PC

Recenzja powstała w oparciu o rozgrywkę z PC

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz