Recenzja Terminator Resistance

Twórcy Rambo zabierają się za Terminatora?

Robert Chełstowski | @Zdzichsiu | | Przeczytasz w 9 min.
Terminator Recenzja
Terminator Recenzja

Terminator żyje. Muszę się przyznać, że do niedawna niezbyt śledziłem losy tej serii. Swoje oglądanie zakończyłem gdzieś po jednokrotnym zobaczeniu części czwartej, a co z tą marką działo się dalej, jakoś niezbyt mnie obchodziło. Nie, żebym nie lubił, bo dwie pierwsze odsłony to jedne z moich ulubionych filmów akcji. Co prawda obijało mi się o uszy, że kręcą nowe tytuły, ale jakże się zdziwiłem, wchodząc na Wikipedię i widząc, że jeden wyszedł nawet w tym roku, a w planach jest zupełnie nowa trylogia.

Jak tak dalej pójdzie, z Arnolda Schwarzeneggera rzeczywiście będą musieli zrobić prawdziwego Terminatora, by chłopina przypadkiem nie wyzionął ducha na planie któregoś z dziesiątych filmów. Ale właściwie, to po co? Jak tak patrzę, to wszystko, co dotychczas ukazało się po części drugiej, to jakiś chaos. Nieformalne sequele, alternatywne sequele, prequele, rebooty… Zawsze uważałem Terminatora za coś, co swój szczyt osiągnęło na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, później zaś, co pokazuje nawet trójka z początku lat 2000, seria nie miała większej racji bytu.

Podobnie chyba uważają ludzie z polskiego studia Teyon, którym jakimś cudem udało się pozyskać prawa do growej adaptacji Terminatora. Tworząc Terminator Resistance olali wszystko, co zdarzyło się po 1991 roku i wrócili do mięsa, pierwszych dwóch części. Kim są ludzie z Teyon, ktoś zapyta? Twórcy niesławnego Rambo: The Video Game i kilku innych celowniczków. To już druga sytuacja, gdy pozyskują oni prawa do kultowej marki. Ja nie wiem, leżą one na ulicy, czy aż tak bardzo nikt nie chce korzystać z ich potencjału? Niezależnie od przyczyny, sprawdźmy, jak tym razem im poszło.

W odróżnieniu od Rambo, które przenosiło na formułę celowniczka pierwsze trzy odsłony serii, Terminator Resistance nie jest adaptacją filmów jako taką. To opowieść, która dzieje się jeszcze przed akcją części pierwszej. Znaczy się, wstawek z przyszłości z części pierwszej. I dwójki w sumie też… Dobra, będzie prościej, jeszcze przed wysłaniem T-800 w przeszłość przez Skynet. Wcielamy się tutaj w członka ruchu oporu, który jako jedyny z oddziału przeżył spotkanie z nowym modelem Terminatora – Infiltratorem. Uciekając przed Linią Anihilacji, dołączył do dowódczyni Baron, służącej pod dowództwem Johna Connora, w wyniku czego stał się numerem 3 na liście celów do likwidacji przez Skynet.

Na wstępie rzucę słowa pochwały w kierunku ludzi z Teyon. Terminator Resistance to gra bardzo wierna oryginałowi. Wszystko wygląda tu jak żywcem wyjęte z filmów wprowadzających do Dnia Sądu. Broń? Wrogowie? Noc oświetlana błyskami broni plazmowej, maszerujące roboty depczące ludzkie czaszki i sama ludzkość kryjąca się po norach? To wszystko gdzieś tutaj jest i widać, że twórcom zależało na tym, by jak najlepiej przenieść wizję przyszłości z filmów Jamesa Camerona.

Chciałbym w tym momencie westchnąć i powiedzieć, że dalej jest równie dobrze, a nawet lepiej, ale… nie. Po całkiem dobrym pierwszym wrażeniu, z czasem gra niestety staje się coraz nudniejsza. Rozgrywka przypomina tu trochę gry z serii Far Cry, tyle że wszystko toczy się na półotwartych przestrzeniach. Niby nie brzmi to źle, ale w praktyce design ten zawodzi. Cześć misji to trochę tak, jakby wziąć losowe aktywności poboczne i oprzeć o nie fabułę. W pewnej chwili kilka zadań dosłownie obraca się wokół zdobycia lepszego karabinu plazmowego.

Według mnie Terminator osadzony w czasach apokalipsy powinien być pompatyczną walką o przeżycie, a nie łażeniem i zbieraniem śmieci. Questy oparte o schemat „przynieś, podaj, pozamiataj” sprawiają, że większość fabuły nuży. Słowo większość nie jest tu bez powodu. W grze znajdują się także liniowe, oskryptowane misje, w których uczestniczymy w walce na polu bitwy. I te fragmenty są ciekawe, bo coś się w nich dzieje. Szkoda tylko, że przez całą grę takowe występują dosłownie cztery razy, w tym przy zakończeniu, które było naprawdę dobre. Gdyby cała gra była utrzymana w tym stylu, Terminator by błyszczał. Wartka akcja, impakt fabularny, nawiązania do filmów. Tym powinna być gra z tej serii, nie misjami w stylu: gościu, który jesteś trzeci na liście do anihilacji, idź i zrób zdjęcia wieżyczkom Skynetu, bo z jakiegoś powodu ma to ogromne znaczenie.

Nie lepiej jest, jeżeli przyjrzymy się samym postaciom biorącym udział w opowieści. Są nieciekawe i płytko napisane. Brakuje im charakteru i lepszego ugruntowania w tym świecie. Oczywiście mają swoje backstory, ale są to historie dosyć sztampowe. Autentycznie nie zdziwiłbym się, jakby pod koniec gry nadszedł plot twist i te wszystkie NPCe okazały się ukrywającymi robotami Skynetu, które wniknęły w szeregi ruchu oporu. Ale tak się nie stało. Niestety. Zaimplementowano tu również system decyzji, ale są one do bólu zerojedynkowe: rozmówca albo nas polubi, albo nie. Chociaż szanuję tutaj ogromnie za obecność paneli podsumowujących na koniec. To coś, o czym zapomina wielu twórców RPGów, a shooter zrobił to poprawnie.

Jak zostało to powiedziane wcześniej, większość misji ma tu półotwartą strukturę. Co zadanie powracamy do bezpiecznego hubu, skąd możemy zebrać questy poboczne do wykonania na następnej lokacji. Oprócz głównej misji, zwykle towarzyszą nam 2-3 rzeczy opcjonalne, po które musimy zboczyć z wiodącej ścieżki. Czasem trafi się również jakiś posterunek do odbicia. Eksploracja nie jest tu jakoś mocno wynagradzana. Zbieramy ciągle te same śmieci, więc zdecydowanie lepiej biegać od questa do questa.

Czasem wracamy do tych samych lokacji. Niby ktoś może powiedzieć, że to tani ruch, ale do pewnego stopnia są one przy każdych odwiedzinach różne, bo widzimy jak Skynet rozwija swoją Linię Anihilacji. Co ciekawe, na mapkach porozrzucano manualne punkty zapisu gry. Z początku wydają się one kompletnie nieprzydatne, bo autosavy i tak występują co chwilę. Później jednak, gdy terminatorów na mapie robi się coraz więcej, funkcja ta staje się kluczowa. To zresztą nie jedyna funkcjonalność gry, którą robimy własnoręcznie. Nie ma tu regenerującego się paska zdrowia i musimy pamiętać o apteczkach.

W grze występuje także system rozwoju postaci, ale szumnie zapowiadane elementy RPG sprowadzają się do rozdania punktów w kilku paskach. To bardzo ubogi system, które nie gwarantuje żadnej satysfakcji z rozwoju i większej namacalnej różnicy. Zmiana sposobu grania poniekąd i tak odbywa się automatycznie. Z początku gry to program wymusza krycie się przed terminatorami. Te sekcje są fajne, chociaż roboty nie mają jakiejś skomplikowanej AI. Jednakże takowe zachowanie ma miejsce dosłownie w jednej misji, a później po złapaniu karabinu plazmowego do rąk, zaczynamy niszczyć setki blaszaków.

Ale jakkolwiek bym nie podchodził na chłodno, muszę przyznać, że strzela się tu fajnie. Na tym polu ludziom z Teyon nie mam nic do zarzucenia. W Terminatorze zastosowano także kilka ciekawych mechanik. Niektórym robotom można niszczyć opancerzenie, a część terminatorów może się przewrócić i z brakiem nadziei przebierać nogami w powietrzu. To jest porządnie zrobiona gra, która nudzi, bo nie ma do zaoferowania nic, czego już nie widzieliśmy w kilkudziesięciu innych strzelankach. Produkcji brakuje większej głębi.

Twórcy starają się urozmaicać strzelanie, wprowadzając do gry minigierki. Otwieranie zamków wygląda 1:1 jak w Skyrimie i Falloucie od Bethesdy. Hakowanie zaś to froggerowy system z Mass Effecta. Widziałem niemalże takie samo w jakiejś innej grze, ale na śmierć zapomniałem w jakiej i musi wystarczyć samo porównanie do Froggera. Dzisiaj od tego typu minigierek się odchodzi, gdyż wielu odbiorców uważa je po prostu za wybicie z core gameplayu, ale ja tam je nawet lubię i nie mam na co narzekać. Może jedynie na brak oryginalności, ale z drugiej strony, lepiej podejrzeć coś, co działa, niż silić się na wymyślanie koła na nowo, prawda?

Znowu będę szanować autorów za w sumie niewielką rzecz, ale niezmiernie podobała mi się wielkość napisów. Na PC wydają się trochę duże, ale patrzę na nie z perspektywy grania na konsoli z oddalonym od kanapy telewizorem i wydaje mi się, że powinny dawać radę. W niektórych grach, nawet hitowych AAA, wielkość napisów to jakaś udręka, gdzie mało brakuje do tego, by ślęczeć nad nimi z lupą.

A skoro jesteśmy przy elementach grafiki, to Terminator Resistance w sumie nie wygląda źle. Wiem, że kultowe sceny z przyszłości działy się w nocy, ale nie podobało mi się to, że sporo plansz w tym tytule dzieje się po zmroku. Oprawa graficzna jest przez to strasznie szarobura i efekt ten pogłębia monotonię. To ten typ nocy w grach, gdzie wszystko jest raczej szare, a nie czarne jak smoła. Co prawda jest kilka etapów dziennych, ale w nich akurat na wierzch wychodzą wszelkie niedoróbki.

Terminator Resistance to trochę taki kaliber Homefront Revolution. W wielu momentach paradoksalnie lepiej bawiłem się przy Rambo, bo mogłem pośmiać się z tej crapowatej otoczki tytułu i robić horrendalną siekę z wrogów. W porządnie zrobionym Terminatorze po prostu gram w losową i powtarzalną strzelankę. Produkcja Teyon to najlepsza gra z tej marki, przynajmniej jeśli chodzi o czasy współczesne, bo słusznie ktoś mógłby mi wytknąć tytuły od Bethesdy z lat 90, takie jak Future Shock i SkyNet. To w sumie niezły tytuł, ale wokół jest mnóstwo lepszych gier z tego gatunku. Terminator zdecydowanie zasługuje na więcej.

PS. Tradycja growych Terminatorów została tu zachowana. W tym też da się zrobić jedną z banalniejszych platynek. Trophy hunterzy powinni się zaopatrzyć.

PS2. W grze nie ma Arnolda. To w sumie zrozumiałe, prawa do wykorzystania wizerunku pewnie by sporo kosztowały. Pojawia się za to John Connor.

Plusy
  • Wierność materiałowi źródłowemu
  • Liniowe misje oparte o akcję
  • Przyjemny system strzelania
Minusy
  • Średnia fabuła
  • Nieangażujący gameplay, któremu brakuje głębi
  • Słabo napisane postacie
6.5
Ocenił
Robert Chełstowski
Recenzja PC

Recenzja powstała w oparciu o rozgrywkę z PC

Recenzje gier OpenCritic

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz