Gdy w 2019 roku recenzowałem A Plague Tale: Innocence, była to produkcja, o której niewiele mówiło się przed premierą, a francuskie Asobo Studio dla większości graczy było ekipą anonimową. Produkcja z zaskoczenia podbiła moje serce i zdaje się, że nie tylko moje, bo trzy lata później na premierę A Plague Tale: Requiem wyczekiwało już liczne grono graczy spragnionych kontynuacji przygód Amicii i Hugo. Pod koniec sierpnia tego roku, jakby ogłaszając zakończenie sezonu ogórkowego czy też inaugurując gorącą giereczkową jesień, zadebiutowała kolejna gra ze świata A Plague Tale. Tym razem jednak nie są to przygody rodzeństwa walczącego o przetrwanie w kraju ogarniętym wojną i szczurzą apokalipsą. Francuzi uraczyli nas bowiem spin-offem, którego akcja rozgrywa się 15 lat przed Requiem. Choć gra opowiada zupełnie inną historię, chronologia jest tutaj istotna z jednego powodu. Otóż główną bohaterką gry jest znana z drugiej części A Plague Tale przemytniczka Sophia. Czy pirackie przygody są tak samo intrygujące jak pilnowanie rozkapryszonego brata? Dowiecie się z recenzji Resonance: A Plague Tale Legacy. Startujemy.
Na wstępie muszę ostrzec przed spoilerami. Resonance jest grą, w której fabuła odgrywa istotną rolę, tak więc, choć w recenzji nie zdradzę finału historii ani nie podejmę się próby szerszej jej analizy, to jednak nie uniknę opisu kontekstu wydarzeń i motywów, którymi kierowali się bohaterowie. Jeśli chcecie uniknąć wszelkich informacji fabularnych, przejdźcie do kolejnego rozdziału.
Tym razem twórcy nie zabierają nas do Francji, możemy zapomnieć więc o wojnie, inkwizycji i roznoszonej przez gryzonie zarazie. Sophię poznajemy jako sześciolatkę wysłaną do klasztoru przez rodzinę zmarłej matki, wbrew woli ojca. Dziewczynka dręczona jest tajemniczymi wizjami, którymi z niewiadomego powodu zainteresowane są zakonnice. Ojciec Sophii to jednak nie w kij dmuchał pirat, grasujący ze swoją bandą po Morzu Śródziemnym. W brutalny sposób odbija córkę z rąk Kościoła i postanawia sam rozwikłać zagadkę dręczących dziewczynkę wizji, podążając za wskazówkami z jej szkicownika.
Jak nietrudno się domyślić, nie kończy się to dla niego dobrze i osierocona Sophia dorasta na zdolną wojowniczkę pod okiem wiernego druha swojego ojca. Faro to jednak skomplikowana postać i od samego początku można mieć wątpliwość, czy zależy mu bardziej na dziewczynie, czy może na skrywanej w jej głowie wiedzy, umożliwiającej dotarcie do antycznego skarbu.
Podczas jednej z nieudanych akcji Sophia zostaje uznana za zdrajczynię i wraz z partnerką wyrusza na wyspę, na której zamierza odnaleźć źródło swojego przekleństwa. Jej niedawni pobratymcy chcą natomiast odnaleźć skarb oraz zemścić się na zdrajczyniach. Urokliwa wyspa od tego momentu staje się nie tylko główną areną wydarzeń Resonance, ale z czasem także śmiertelną pułapką dla każdego, kto dobił do jej brzegu.
Po treściwym fabularnie, ale niezbyt angażującym początku gry z czasem historia schodzi na dalszy plan, a w tle majaczy wątek mitologiczny prezentowany w wizjach protagonistki. Deweloperzy zaserwowali w nim alternatywną, nieco sfeminizowaną i kulturowo wzbogaconą wersję mitu o Minotaurze. Poznajemy Dedala, króla Minosa, Ariadnę i Tezeusza… a Sophia stara się w tym wszystkim odnaleźć swoją rolę i przeznaczenie. W połowie gry atmosfera nieco się zagęszcza, a twórcy serwują nam motywy straty, wybaczenia i zdrady… dosłownie wszystko, co powinna mieć dobrze napisana historia, wciskająca odbiorcę w fotel. Problem tylko w tym, że historia w Resonance ani nie jest dobrze napisana, ani szczególnie angażująca. Główny wątek nie porywa, powiązanie bohaterki z wyspą Minotaura do końca pozostaje mało przekonujące, a ona sama irytuje ciągłym gadaniem do siebie. To zaskakujące, bo akurat fabularnego bubla po twórcach A Plague Tale bym się nie spodziewał. Asobo Studio potrafiło stworzyć wzruszającą historię Amicii i Hugo, tym razem jednak dali nam wątek romantyczny bez romansu, stratę bez rozpaczy i akt zemsty, który w okamgnieniu przeobraża się w niedorzeczne pojednanie. Niestety emocje nie są autentyczne, a postacie albo nijakie, albo do bólu przerysowane. Brak jakiegoś sensownego zakotwiczenia wątku mitologicznego w aktualnych losach Sophii sprawia, że odkrywamy go bez większego zaangażowania.
Z Mieczem przez wyspę
Niestety wraz z niezbyt porywającą historią Resonance oferuje tragicznie zbalansowany gameplay. Początkowo myślałem, że nowa produkcja będzie nastawiona głównie na walkę, co, nie ukrywam, trochę mnie martwiło. Sophia to nie jest delikatna nastolatka, która musi się nagłowić, jak powalić osiłka. Gdy Amicia walczyła głównie procą, a każdy cios mógł ją kosztować życie, gdyż oponenci byli od niej o wiele silniejsi, Sophia wchodzi w przeciwników jak w masło.
To wciąż co prawda wątła kobieta o dość kruchej psychice, ale podczas starć w ogóle tego nie widać. Jej arsenał składa się z miecza i sztyletu, a z biegiem gry otrzymujemy linkę z hakiem, za pomocą której możemy chwytać i przyciągać w naszym kierunku przeciwników. System walki nie jest skomplikowany, ale dynamiczny, co szczególnie potęgują liczba oponentów, z którymi musimy rozprawiać się jednocześnie, oraz ich różnorodność. Dysponujemy szybkim ciosem i mocnym ciosem kończącym, możemy także cisnąć wrogów przedmiotami, a z czasem dochodzą superkombinacje dostępne po naładowaniu odpowiedniego wskaźnika. Resonance to nie jest gra, w której radosne machanie mieczem jest najlepszą metodą na rozprawienie się z przeciwnikami. Próg błędu jest niewielki i w zależności od poziomu trudności możemy mieć od kilku do zaledwie jednego punktu życia. Na przykład grając na poziomie normalnym, dysponujemy trzema punktami, które odpowiadają liczbie ciosów, jakie może przyjąć bohaterka przed zgonem. Życie bohaterki możemy jednak regenerować, rozprawiając się z przeciwnikami. Każdy kolejny trup to odzyskany jeden z trzech pasków życia.
By jednak nie musieć martwić się o zdrowie Sophii zbyt często, najlepiej potrenować obronę, a szczególnie parowanie ciosów, które jest kluczem do udanego ataku. Parowanie wymaga dość dużej precyzji i w przypadku czerwonych ataków jest nieskuteczne, tak więc kolejną umiejętnością defensywną jest unik.
Ogólnie walka sama w sobie wypada całkiem dobrze, a wraz z rozwojem postaci tylko zyskuje na płynności i dynamice. Nasze umiejętności bojowe poszerzamy na skromnym drzewku i odblokowujemy je dzięki punktom rezonansu. Te zdobywamy podczas starć oraz w trakcie eksploracji. Pomimo że Resonance jest grą liniową, twórcy podczas projektowania lokacji, nierzadko wertykalnych (hehe), w ich zakamarkach poukrywali nie tylko wspomniane punkty rezonansu, ale także wzmacniające nasze działania talizmany w postaci ozdobnych błyskotek, przeróżne artefakty ze świata gry czy alternatywne miecze, z których każdy ma swoje specjalne właściwości. Generalnie jest więc po co przeczesywać mapy, choć niestety same ich projekty często nie zachęcają do eksploracji, a nienaturalne zbaczanie z jasno wytyczonej ścieżki pod koniec gry traktowałem już jako zło konieczne.
Jednak ani walka, ani też eksploracja nie są najważniejszymi elementami rozgrywki w nowej grze Francuzów. Wciąż bowiem mamy do czynienia z przygodową grą akcji, w której nie mogło zabraknąć puzzli. I pod tym względem początkowo Resonance może przypominać takie średniowieczne Uncharted czy też Tomb Raider. Niestety z Sophii żadna Lara Croft, a na wyspie Minotaura Dedal zaprojektował tak nudne zagadki, że po kilku godzinach z utęsknieniem czekałem na kolejne arenowe starcia, które notabene również szybko zaczynają się nudzić. Wszystkie zagadki w grze opierają się na zabawie światłem i odpowiednim ustawianiu soczewek. Dysponujemy też trzema różnymi narzędziami do rozpraszania światła, ale generalnie zabawa szybko zaczyna się nudzić, podobnie jak ucieczki przed potworem, którego osłabić możemy jedynie… a jakże, wiązką światła.
Na papierze główne założenia rozgrywki prezentują się całkiem spójnie, ale w praktyce rozwój mechanik jest tak iluzoryczny, że mamy wrażenie, iż ciągle robimy to samo. Resonance nie zaskakuje dosłownie niczym, zarówno w warstwie rozgrywki, jak i fabuły, i nieustannie męczy długimi segmentami, w których robimy wciąż to samo, co na finiszu nie daje nawet pozornej satysfakcji. Francuzi pod tym względem zepsuli nawet nieliczne starcia z bossami, których, nie licząc finałowego, naliczyłem dwa. W jednym, pomimo zwycięstwa, i tak ostatecznie ponosimy klęskę, gdyż tak została napisana historia. To ja się pytam: po co w takim momencie fabularnym projektować kilkuetapowe starcie? Dlaczego odbierać graczowi nagrodę za wysiłek i sprawiać, że ten ostatecznie okazuje się bezcelowy? I to jest największy problem Resonance. Ta gra nie potrafi cieszyć. Po prostu brniemy do przodu z nadzieją, że na końcu spotka nas jakaś nagroda, bo przecież cała para nie mogła pójść w gwizdek, prawda? W końcu poznamy odpowiedzi na najważniejsze pytania: dlaczego zakonnice naznaczyły dziewczynkę skazą i jaki związek miała bohaterka z wyspą Minotaura, poza czarnymi żyłami na ręce i wizjami z przeszłości? Chciałbym wiedzieć, w którym momencie twórcy udzielają odpowiedzi na te pytania, bo najwyraźniej musiałem go przegapić.
Ładnie, ale bez zachwytu
Jeśli miałbym powiedzieć, co jest największym atutem Resonance: A Plague Tale Legacy, to jest nim oprawa audiowizualna. Nie jest to może graficzne objawienie, ale twórcy utrzymują wysoki poziom, do którego przyzwyczaili nas w poprzednich grach z tego uniwersum. Świat gry jest wizualnie spójny, nie brakuje ładnych krajobrazów czy cieszących oko efektów cząsteczkowych. Również oprawa muzyczna stara się, jak może, nadrabiać w budowaniu atmosfery i emocji wszędzie tam, gdzie produkcja niedomaga pisarsko i aktorsko. Na plus należy zaliczyć także stan techniczny. Dwa, trzy razy zdarzyło mi się co prawda zginąć, wpadając pod mapę, ale są to największe problemy, jakie napotkacie w trakcie gry. Nie uświadczyłem żadnych większych bugów czy znaczących spadków płynności animacji.
Resonance: A Plague Tale Legacy to moje osobiste największe growe rozczarowanie tego roku. Wiem, że tytuł nie wzbudzał wielkich emocji przed premierą, ale jako fan wcześniejszych gier z serii A Plague Tale liczyłem, że i tym razem Francuzi z Asobo Studio dowiozą. Niestety, choć na papierze przygody Sophii wyglądają na przyzwoity kawał kodu, to jednak sporo zabrakło do dobrej gry, którą mógłbym z czystym sumieniem polecić. Ostatecznie otrzymaliśmy ładną grę, ale z nudną, spisaną na kolanie historią, nijaką bohaterką oraz do bólu powtarzalną rozgrywką. Mam nadzieję, że to tylko wypadek przy pracy i przy okazji premiery trzeciej części A Plague Tale nie będziemy musieli wracać pamięcią do Resonance.


