Recenzja Onimusha: Way of the Sword

Onimusha
Onimusha

Miyamoto Musashi jest chyba najsłynniejszym i najpopularniejszym japońskim samurajem. Ta historyczna postać jest legendą i jednym z najwybitniejszych mistrzów miecza, wybitnym autorem, artystą i strategiem. Wojownik doczekał się niezliczonej ilości filmów, seriali, książek i mang o swoim barwnym życiu. Musashi pojawił się także w naprawdę wielu grach wydanych na przestrzeni lat. Teraz ten japoński bohater staje się centralną postacią w najnowszej grze Capcom. Onimusha: Way of the Sword ukazuje fantastyczną wersję przygód wybitnego wojownika. Czy ten tytuł sprawi, że święty miecza zostanie jeszcze bardziej doceniony przez graczy na całym świecie?

Onimusha: Way of the Sword to swego rodzaju soft reboot serii, której ostatnia odsłona pojawiła się na PlayStation 2 20 lat temu. Mamy do czynienia z grą akcji, przedstawiającą fantastyczną wersje Japonii z okresu samurajów. Tytuł jest dziełem Capcom i kolejną naprawdę mocną gra wydaną przez japońską korporację w tym roku. Nowa Onimusha trafiła na PC i konsole wielkiej trójki. Ja grałem w przedpremierową wersję tytułu na PlayStation 5.

Droga miecza

Bohaterem Onimusha: Way of the Sword jest wspomniany już Miyamoto Musashi. Samuraj przemierza XVII wieczną Japonię w poszukiwaniu mistrzów różnych stylów walki i pokonywania ich swoją techniką. Musashi jest świetnym wojownikiem, ale też zawadiaką i przez to często ładuje się w tarapaty. Tym razem wpada w prawdziwe bagno i w trakcie pojedynku ze swoim odwiecznym rywalem Ganryu Sasakim, samuraj zostaje zabity przez dziwne potwory. W drodze do piekła dochodzi jednak do czegoś dziwnego. Musashi zostaje uratowany przez pewnego staruszka, wyposażony w dziwną rękawicę Oni i przywrócony do życia. Musashi nie ma pojęcia, co się dzieje i chce zdjąć z siebie przeklęty przedmiot, lecz jest to niemożliwe. Bohater udaje się do Kiyoto, gdzie ma znajdować się pewien mężczyzna znający tajemnicę dziwacznej rękawicy. Tak rozpoczyna się wielka przygoda bohatera, który będzie miał okazję uratować stolicę Edo przed armiami potworów genma. Czy Miyamoto Musashi wypełni swoje przeznaczenie i stanie się legendą?

Mamy swego rodzaju historię od łobuza i zawadiaki do bohatera z różnymi etapami pomiędzy. Musashi nie jest jakimś typowym herosem i często unosi się dumą, nie jest w stanie pogodzić się z porażką i napędza go żądza popisywania się w walce. Jednak z czasem samuraj powoli przeobraża się w bardziej heroiczną postać

Fabuła nowej Onimushy nie jest zła. Podobnie jak starsze gry z serii tytuł łączy historię, prawdziwe postacie z elementami fantastycznymi, legendami i japońską mitologią. Efekt tego połączenia jest solidny i gra ma dosyć unikatowy klimat. Way of the Sword całkiem zgrabnie miesza akcje, dramatyczne momenty i odrobinę komedii, która wkrada się do tytułu od czasu do czasu. Historia może mnie nie porwała i nie powaliła na nogi, ale atmosfera takiego filmu akcji fantasy w klimacie samurajów sprawdza się fajnie i gra ma swoje momenty. W gruncie to taki wakacyjny blockbuster w growej wersji, ale nie ma w tym nic złego, bo w tej kategorii Onimusha: Way of the Sword wypada dobrze.

Gra akcji +

Gameplay Onimusha: Way of the Sword wpisuje się we współczesne gry akcji z elementami role playing. Gra koncentruje się na walce i rozwoju naszej postaci, by stawiać czoło potężnym bossom. Jednocześnie mamy trochę eksploracji i elementów w tylu metroidvanii. Wynika to z tego, że obok liniowych poziomów w kilku lokacjach w nasze ręce oddano także spory kawałek Kioto, który jest drobnym sandboxem z misjami pobocznymi, znajdźkami i losowymi wydarzeniami, które możemy napotkać. Do tego jest trochę materiałów i surowców, które możemy zdobywać, by ulepszać naszą postać i levelować różne umiejętności i statystyki. Wszystko całkiem zgrabnie się ze sobą łączy i dostajemy fajny miks intensywnej akcji z chwilami na oddech i okazję do chłonięcia klimatu dawnej Japonii.

Potencjalnie Onimusha wpisuje się do tak zwanych slasherów, czyli gier nazywanych też character action jak Devil May Cry, Bayonetta czy Ninja Gaiden. To raczej trafne określenie rozgrywki, ale Way of the Sword ma swój bardzo unikatowy styl i rytm. Capcom nie próbuje zrobić z Onimusha kolejnego bezmyślnego slashera. Owszem, na ekranie często pojawia się mnóstwo krwi, miecz Musashiego przecina kolejnych przeciwników, a tempo starć potrafi być bardzo wysokie, ale pod efektowną warstwą znajduje się system wymagający obserwowania przeciwnika i odpowiedniego reagowania. To produkcja, w której znacznie ważniejsze od samego wciskania przycisku ataku jest rozpoznanie, co właśnie zamierza zrobić przeciwnik. W tym aspekcie gra przypomina mi różne filmowe pojedynki samurajów, gdzie od ataku ważniejsze jest parowanie i blokowanie. To przejawia się w całej filozofii gry i systemach. Kiedy próbowałem grac na pałę i siekać jak szalony, to starcia z bossami były piekłem. Trzeba nauczyć grać się trochę wolniej i koncentrować się na odpieraniu ataków wroga, by otworzyć sobie furtkę do jakiegoś mocniejszego ataku z naszej strony. Inaczej padniemy po dwóch mocniejszych ciosach bossa.

Naprawdę trzeba się tego nauczyć, bo inaczej napsujemy sobie krwi podczas zabawy. Twórcy zdawali sobie z tego sprawę, bo w grze jest funkcja pokazywania jaki przycisk wypada nacisnąć w danej sytuacji. To taki podpowiadacz zdecydowanie ułatwiający rozgrywkę, który domyślnie jest aktywowany przy grze na niższym poziomie trudności. Ma to sens, bo tutaj po prostu trzeba nauczyć się gry w odpowiedni sposób.

Issen

Najważniejszym elementem systemu walki jest oczywiście Issen, czyli charakterystyczna dla serii technika pozwalająca błyskawicznie rozprawić się z przeciwnikiem. To atak, który wykonujemy na chwilę przed oberwaniem od wroga. Bardzo liczy się tutaj timing, bo jest to mega efektowna i zabójcza technika posiadająca kilka wariantów. W nowej odsłonie mechanika została wkomponowana w cały system walki. Zamiast traktować Issen jako okazjonalny efektowny finiszer, gra zachęca do stopniowego przełamywania obrony przeciwnika i wykorzystania właściwego momentu do wykonania decydującego cięcia. W przypadku zwykłych genma dobrze wykonane Issen załatwia wroga w mgnieniu oka. Na dodatek można wykonać cały łańcuch Issen i rozprawić się z grupką przeciwników na raz. Przez to jest to niezwykle mocna technika i swego rodzaju znak rozpoznawczy całej serii.

Postura, blok i parowanie

Innym ważnym elementem potyczek jest garda lub postura. Odpowiednie ataki oraz defensywne reakcje pozwalają stopniowo ją osłabiać. Kiedy przeciwnik traci równowagę, pojawia się możliwość wykorzystania Issen. Dzięki temu walka nie sprowadza się do prostego zmniejszania paska zdrowia. Najpierw trzeba stworzyć odpowiednie warunki do zadania śmiertelnego ciosu. Ważne jest także to, że my też korzystamy z tego systemu. Jeśli Musashi będzie tylko blokował, to wyczerpie swój pasek i następny cios nawet przy bloku zada nam kosmiczne obrażenia. Dlatego trzeba być rozważnym i wiedzieć, kiedy blokować, kiedy parować atak a jeszcze, kiedy najlepiej zrobić unik lub starać się o Issen.

W praktyce daje to bardzo unikatowy rytm rozgrywki. Najpierw obserwujemy potwora, następnie odpowiadamy na jego atak, próbujemy przełamać jego postawę i wreszcie wykorzystujemy moment odsłonięcia. Właśnie dlatego Way of the Sword może sprawiać wrażenie znacznie bardziej technicznego niż typowe gry hack and slash. Gra wymaga też skupienia i odpowiedniego reagowania w różnych sytuacjach. Aby wygrać, trzeba nie tylko klepać atak, ale korzystać ze wszystkich zdolności naszego samuraja.

Bardzo ważne jest parowanie. Capcom zdecydował się zbudować wokół niego sporą część systemu obrony. Odpowiednie wyczucie momentu pozwala nie tylko uniknąć obrażeń, ale także zachwiać przeciwnikiem i szybciej doprowadzić do przełamania jego postawy. W materiałach dotyczących mechaniki pojawia się również możliwość wykorzystania pozycji przeciwnika po udanym parowaniu, między innymi poprzez skierowanie go w stronę ściany.

W ten sposób gra buduje bardzo konkretny język walki. Atakujemy, kiedy mamy okazję. Parujemy, kiedy przeciwnik naciera. Odbijamy pociski, kiedy pojawia się zagrożenie dystansowe. Unikamy tych ataków, których nie jesteśmy w stanie bezpiecznie sparować. Następnie szukamy okazji do Issen. To prosty schemat, ale im większa liczba przeciwników i im bardziej różnią się ich zachowania, tym więcej decyzji trzeba podejmować w ciągu kilku sekund.

Rękawica

Bardzo podoba mi się również to, że Way of the Sword nie próbuje całkowicie pozbyć się klasycznych elementów serii. Jednym z nich pozostaje pochłanianie dusz. Rękawica Oni pozwala Musashiemu absorbować dusze pokonanych genma, a zgromadzona energia może być wykorzystana do wzmacniania bohatera i jego nadnaturalnych możliwości. Energia wypadającą z wrogów to nasza waluta do zakupów, ale jest też żółty wariant leczniczy i niebieski ładujący nasz pasek do specjalnych ataków artefaktami i fioletowy. Dlatego warto znajdować czas na wchłanianie energii. Dodatkowo element ten też jest wykorzystywany przez wrogów. Jeśli oni wchłoną latające dusze przed nami, to wzmocnią się i staną się większą przeszkodą. Może to być bardzo problematyczne na przykład przy starciach z bossami, gdyż dostaną nowe potężniejsze ataki.

Bossowie i przeciwnicy

Skoro już jesteśmy przy temacie bossów, to warto podkreślić, że jest ich całkiem sporo. Mamy z mini bossów, jak i tych brzydali z prawdziwego zdarzenia, którzy często mają dwie fazy i potrafią być zmorą, jeśli nie jesteśmy na nich przygotowani. Przeciwnicy potrafią być agresywni i czeka nas cała seria parowania, zanim będziemy mogli wyprowadzić kontratak. Do tego ich design jest mega klimatyczny i potrafią mieć różne bajery w postaci pancerzy blokujących przez jakiś czas obrażenia czy mechanik takich jak przywoływani innych przeciwników na arenę walki. Starcia z bossami są naprawdę epickie i wypadają świetnie. Chociaż przyznam, że podczas niektórych przeklinałem jak szewc, bo jeden mały błąd kończył się silnym combo na twarz i zgonem.

Zwykli wrogowie też wypadają porządnie. Mamy trochę zwykłych genma z mieczami, łuczników, silniejsze wariacje z tarczami czy pancerzami. Są też gorsze zmutowane wersje z jakimiś naroślami i pasożytami. Do tego trochę innych powracających bestii jak jaszczurki, czy rybo kobiety, które czyhają na nas w wodzie. Różnorodność wrogów wypada tutaj całkiem dobrze i co jakiś czas pojawiają się nowe stroki do ubicia, przez co siekanie się nie nudzi.

Arsenał do walki

Naszą główną bronią w grze jest miecz, który Musashi wykorzystuje w walce razem z krótkim ostrzem. To uzbrojenie i związany z nim styl walki, z którego znana jest historyczna wersja legendarnego samuraja. Do tego mamy jeszcze łuk, który zdobywamy stosunkowo szybko w grze. I to by było na tyle. Trochę szkoda, bo wcześniejsze gry stawiały na większą różnorodność borni i mieliśmy bogatszy arsenał. W tym wypadku skoncentrowano się na jednym zestawie, który jest bardzo dopracowany, Do tego mamy jeszcze wspomniane już artefakty nazwane Oni Armaments. Są to bronie wykorzystywane do specjalnych ataków po naładowaniu odpowiedniego paska duszami wrogów. Mamy kilka typów z różnymi właściwościami. Są sztylety, które sprawiają, że z wroga wypada więcej leczniczych dusz, dwa młoty żądające spore obrażenia do postury przeciwnika czy lasa strzelająca piorunami. W gruncie rzeczy to takie specjale, które wykonujemy raz na jakiś czas, ale całkiem dobrze urozmaicają starcia.
Obok tego mamy jeszcze przedmioty wzmacniające i system leczenia, gdzie wybieramy jedną z czterech opcji tego, jak chcemy się uzdrawiać za pomocą specjalnych worków z magiczną substancją. Jest też specjalny tryb Oni, który możemy aktywować po odblokowaniu, go w dalszej części gry. Mamy wtedy czaderski wygląd i dostęp do specjalnego ataku w stylu rodem z anime.

Rozwój

Ważnym elementem jest również rozwój bohatera. Gra nie ogranicza się do zwiększania parametrów po każdym większym starciu. Rękawica Oni oraz związane z nią systemy pozwalają stopniowo zwiększać możliwości Musashiego. Istotną funkcję pełnią również talizmany, które wzmacniają konkretne zdolności, a także skille, które odblokujemy za przedmioty odnajdywane w świecie i nagradzane za wykonywanie misji. Nie ma tutaj może gigantycznego drzewka, ale nowe skille mają moc i wpływają na rozgrywkę. Plus bardzo promują korzystanie z parowania czy Issen. Wspomnę jeszcze, że mamy też możliwość ulepszania tych worków leczniczych, tak by móc, nosić ich więcej i miały one lepsze właściwości.

Przyczepa

Nie mam tak naprawdę za bardzo, do czego tutaj się czepiać. Tak naprawdę jedyna rzecz, jaka przychodzi mi do głowy to, że kamera potrafi trochę wariować przy bardziej intensywnych starciach. Poza tym nie zauważyłem nic specjalnego. Trochę szkoda wspomnianego już arsenału z poprzednich gier i Way of the Sword wymaga odpowiedniego stylu walki. Nie są to jednak problemy, tylko kwestie designu gry, które mogą nie przypaść każdemu do gustu. Ja jednak nie miałem z nimi większego problemu.

Spora gra

Na koniec jeszcze taka informacja o czasie gry. Nowa Onimusha powinna wystarczyć przynajmniej na 20 godzin gry. Dużo zależy od naszej sprawności, bo ja parę razy traciłem koło godziny na pokonanie jednego z późniejszych bossów. Znaczenie ma też czy interesuje nas robienie wszystkiego na 100%, czy tylko główną kampanię. Wynika to z tego, że bardziej otwarta struktura Kioto łączy się z szeregiem misji pobocznych i specjalnych zdań, które możemy wykonywać. Jest też specjalna arena do ponownych walk z pokonanymi bossami i zabawa w odnajdywanie stworków rozsianych po mapce. Do tego od czasu do czasu pojawią się mini walki, gdzie mieszkańcy są zaatakowani przez potwory genma i potrzebują naszej pomocy. Jeśli wciągniemy się w te opcjonalne rzeczy i chcemy wzmocnić naszą postać na maksa. Wtedy do czasu gry dojdzie pewnie z kolejne 10 godzin jak nie więcej. Dla najwytrwalszych jest też jeszcze wyższy poziom trudności.

Ogólnie rozmiar i długość Onimusha: Way of the Sword wypada na plus. Gra nie jest zbyt krótka, ale nie jest też gigantycznym pustym światem z masą pierdółek do zrobienia, które nic nam nie dają. Do tego szczypta zagadek i platformówkowego biegania po ścianach i skakania urozmaica walki i eksplorację. Dostajemy dobrze wyważony miks, który wypada fajnie i super wygląda.

Filmowa uczta

Way of the Sword to prawdziwa uczta dla oka i iście filmowa gra z epickimi scenami walki i naprawdę fajne i nakręconymi scenkami przerywnikowymi. Opening gry to po prostu poezja i klasyczne kino samurajskie w czystej postaci. W tym wszystkim ogromną rolę odgrywa Miyamoto Musashi. Capcom wykorzystał wizerunek legendarnego japońskiego aktora Toshiro Mifune jako twarz bohatera, co bardzo mocno podkreśla inspiracje klasycznym kinem samurajskim. Nie jest to tylko kwestia wyglądu. Cała konstrukcja walki próbuje sprzedać fantazję o byciu wojownikiem i wykorzystanie wizerunku legendarnego aktora to podbija. Oczywiście tutaj pojawia się kwestia wykorzystywania podobizny zmarłych osób w grach, ale to już zupełnie inna dyskusja. Na pewno fajnie, że trend z korzystaniem z aktorów jest kontynuowany w nowej grze. W końcu stare Onimushe też używały rozpoznawalnych twarzy.

Lokacje są mega klimatyczne i mamy dawne miasto, różne świątynie, podziemia, świat Oni, małe, zapomniane wioski i podobne bajery. Każda z miejscówek ma świetną atmosferę i bardzo dobrze pasuje do rozgrywki. Jest też odrobina wpływów horroru choćby w postaci laboratorium, które przyjdzie nam odwiedzić. Design potworów jest naprawdę super i bestie są pomysłowe i bardzo różnorodne. Podobnie jest z bossami, których jest całkiem sporo i zapadają w pamięć.

Jeśli chodzi o warstwę audio, to mamy bardzo klimatyczną muzykę i fajne dźwięki. Dzięki temu starca są jeszcze bardziej emocjonujące. Dialogi mamy w wersji angielskiej lub japońskiej. Ja przetestowałem oba warianty i dla mnie zdecydowanie wygrywa wersja z Kraju Kwitnącej Wiśni. Gadka po angielsku wydawała mi się trochę dziwna i nienaturalna. No ale co kto woli. Na plus należy zaliczyć również fakt, że gra otrzymała polskie napisy. W tej kwestii Capcom jest chyba wzorem dla pozostałych wydawców.

Onimusha 2.0

Wydaje mi się, że sporym sukcesem Way of the Sword jest to, jak wiele z ducha starszych odsłon udało się zachować, bez sterowania graczom jakiegoś przestarzałego tytułu. Praktycznie z miejsca czułem się jak w domu. Issen, trochę bardziej taktyczny styl rozgrywki nastawiony na odpowiedni timing i ogólny klimat produkcji sprawiają, że to stara dobra Onimusha po lekkim upgrade do współczesnych czasów. Znajdą się pewnie tacy, którzy będą narzekać, ale moim zdaniem Capcom udało się zachować tożsamość tej serii bez sprawiania, że gra jest kompletnie nieprzystępna dla osób, które nie są fanami marki. Całość ma też trochę świeżych pomysłów i ciekawych patentów, dzięki czemu jest szansa na przyciągnięcie ludzi, którzy dopiero pierwszy raz słyszą o Onimushy. Udało się zachować balans, co mnie osobiście bardzo cieszy.

Ten rok należy do Capcom

Chyba żadna inna korporacja nie miała takiego roku jak Capcom w 2026. Już od ładnych paru lat japońska firma prezentuje się bardzo dobrze w oczach graczy i zdobywa punkty mimo mniejszych i większych potyczek. Jednak ten rok to porcja bangerów i perełek, które podbijają serca graczy. Onimusha: Way of the Sword to swego rodzaju podsumowanie tych wyczynów. Kultowa i trochę zapomniana marka powraca w pięknym stylu z bombastyczną grą, która powinna sprawić, że marka naprawdę odżyje. Way of the Sword to naprawdę mocne action RPG z super klimatem, świetnym systemem walki i masą atrakcji. To naprawdę mocny tytuł i zdecydowanie jedna z najfajniejszych gier, w jakie grałem w tym roku. Chapeau bas dla Capcom i proszę o więcej, bo gdyby konkurencja była na tym poziomie co ta korporacja, to nikt by nie mówił o kryzysie w branży gier wideo.

Plusy
  • Super klimat
  • Wciągający gameplay
  • Solidna mieszanka nowego i klasycznej Onimushy
Minusy
  • System walki może dla niektórych być trochę zbyt techniczny
8
Ocenił Tomek Piotrowski

Recenzja powstała na podstawie rozgrywki z konsoli PlayStation 5

Recenzje gier OpenCritic