Player One – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 8 min.
Player One1

Ekranizacje powieści można podzielić na takie, które zyskują po zapoznaniu się z materiałem źródłowym, jak i takie, które przez to sporo tracą. Filmy jednak muszą funkcjonować niezależnie od książki, nie tylko dlatego, że nie da się wiernie przełożyć nawet krótkiej powieści na kinowy ekran, ale muszą być autonomicznymi dziełami, trafiający do odbiorców niezależnie od ich znajomości pierwowzoru. Czasami pozwala to twórcom na ciekawe i odważne eksperymenty, gdzie książkowe inspiracje są zaledwie wstępem do zupełnie innej opowieści, zachowując jednak spójność klimatu czy występujących bohaterów. Są jednak przypadki, gdzie zmian w stosunku do oryginału jest zbyt wiele, a wszelkie nowości mijają się z tym, czego dotyczył pierwowzór. Już nigdy nie dowiem się, jak odebrałbym „Player One”, gdybym wcześniej nie czytał powieści Ernesta Cline’a. Co jednak bardziej mnie zastanawia, jak autor powieści mógł współtworzyć tak słaby i pobieżny scenariusz. Swoje pięć groszy dołożył również Steven Spielberg, który zamiast nostalgicznej podróży w geekowski świat lat 70. i 80., zabrał nas na wiejski festyn pełen kiczu i sprzecznych ze sobą konwencji.

W 2045 roku świat wciąż zmaga się z obejmującym całą planetę kryzysem, który swoje epicentrum miał ponad dwadzieścia lat temu. Przepaść między bogatymi a biednymi stała się jeszcze większa. Najbiedniejsi mieszkańcy żyją w Stosach, ogromnych slumsach, gdzie przemoc i patologia jest na porządku dziennym. Jedyną ucieczką od szarej rzeczywistości jest gra OASIS, która stała się centrum świata, gdzie nawet najbiedniejsi mogą doświadczyć zupełnie innego życia, tworząc swojego wirtualnego awatara, przeżywając wraz z nim najróżniejsze przygody w olbrzymim cyfrowym świecie. Za ten technologiczny przełom odpowiedzialny jest neurotyczny James Donovan Halliday (Mark Rylance), który wraz z Orgenem Morrowem (Simon Pegg) założył firmę, która szybko stała się potentatem na rynku gier wideo. Przed pięcioma laty Halliday niespodziewanie zmarł, pozostawiając na świecie nie tylko olbrzymią spuściznę, ale również zadanie dla każdego śmiałka przemierzającego OASIS. W świecie gry ukrył trzy klucze, a ten który zbierze je wszystkie znajdzie złote jajo, gwarantujące mu ogromną fortunę oraz przejęcie sterów w firmie odpowiedzialnej za funkcjonowanie OASIS, stając się bogiem samej gry, którego decyzje miałyby być od razu wdrażane. Wade Watts (Tye Sheridan) znany lepiej jako Parzival każdą wolną chwilę spędza w wirtualnym świecie, wraz z najlepszym przyjacielem Aechem (Lena Waithe) szukając wskazówek mogących doprowadzić go do pierwszego klucza. W pewnym momencie udaje mu się rozwiązać zagadkę, nie tylko zgarniając pierwszy klucz, ale również stając się celebrytą w świecie gry. Tym samym staje się celem dla Nolan Sorrento (Ben Mendelsohn), szefa korporacji IOI, pragnącego jako pierwszy znaleźć jajo i zamienić otwartą i darmową grę w źródło wielkiego zarobku.

Player One2

Żyjemy w czasach rozkwitu rozszerzonej jak i wirtualnej rzeczywistości, gdzie możemy za pomocą gogli przenieść się do cyfrowych światów, czy wyjść na dwór i za pomocą smartfona łapać napotkane na spacerze Pokemony. Kolejnym krokiem w ewolucji technologii są więc urządzenia, które w całości przeniosą nas w wirtualny świat. Jest to pociągająca wizja, którą Erenst Cline w swojej powieści doskonale wykorzystał, pokazując zalety jak i wady takiego rozwiązania, ale przede wszystkim zabierając nas w pasjonującą przygodę, gdzie główną rolę grała nostalgia za popkulturowymi latami 70. i 80. XX wieku. Książka zachęca również młodszych odbiorców, którzy urodzili się w kolejnych dekadach, że czasem warto sięgnąć do historii i zapoznać się z grami, filmami, komiksami czy muzyką, z którymi starsze rodzeństwo czy rodzice zapoznawali się w latach swojej młodości. Dlatego Steven Spielberg wydawał się więc stworzony do nakręcenia ekranizacji powieści Cline’a, który pomimo swojego podeszłego wieku, sam przez tyle lat swojej reżyserskiej kariery był ważną postacią kreującą ówczesne ikony popkultury.

Jednak Spielberg nie potrafił oddać ducha pierwowzoru i zagwarantować widzowi nie tylko przepiękny wizualnie seans, ale przede wszystkim sprzedać poczucie przeżywania przygody wraz z głównym bohaterem. W „Player One” dostajemy bardzo mocno zmodyfikowaną historię, gdzie wydarzenia zarówno z realnego, jak i wirtualnego świata, jedynie w pewnych punktach ze sobą się zgadzają. Oczywistym było pominięcie mniej ważnych wątków, uproszczenia i fabularne skróty, ale scenariusz Enresta Cline’a i Zaka Penna (autora scenariuszy do jednych z najgorszych filmowych blockbusterów mówi sama za siebie) jest po prostu źle skonstruowany. Od bardzo szybkiej i niewyczerpującej ekspozycji dowiadujemy się o poszukiwaniu kluczy, których znalezienie powinno być najważniejszych wątkiem, napędzającym do przodu całą fabułę. Zamiast tego bohaterowie wpadają na rozwiązanie zagadek związanych z kluczami zbyt nagle, co zupełnie psuje jakąkolwiek tajemnice i przeżywanie przygody z tym związanej. Niewielki wpływ na to ma też wykorzystywanie popkultury, działające w filmie przede wszystkim jako wabik mający skupić wzrok i odciągający myśli od nieciekawej i pozbawionej energii historii.

Player One3

Seans „Player One” okazał się dla mnie walką z nudą. Oczywiście, w połowie to wina znajomości książkowego pierwowzoru, ale film na swojej własnej płaszczyźnie nie potrafił niczym mnie zaskoczyć, czy zainteresować. To dzieło schematyczne i ganiające za gotowymi fabularnymi rozwiązaniami, które doskonale znamy z innych blockbusterów. W filmie Spielberga na pierwszy plan wysuwa się wątek złej korporacji IOI, która przekracza swoje kompetencje nie tylko w wirtualnym świecie, a znalezienie przez nich jaja wiązałoby się z ogromnymi konsekwencjami przede wszystkim w świecie realnym. Ciekawe, ale potencjał nie został wykorzystany nawet w połowie. Jeszcze gorzej prezentuje się wątek romansu głównego bohatera z Art3mis, znaną w OASIS blogerką i streamerką. Bohaterowie w pewnym momencie spotykają się w prawdziwym świecie, ale ich uczucie jest wymuszone, sztuczne i jak wszystko w „Player One”, dzieje się bez zbudowania wcześniejszych fundamentów.

Spielberg odnosi zwycięstwo wyłącznie na polu wizualnym. Pod tym względem jego najnowsze film ogląda się z nieskrywaną przyjemnością, czerpiąc radość z wyłapywania pojawiających się na ekranie postaci, pojazdów czy broni znanych z różnych growych oraz filmowych produkcji. Zresztą jedna ze scen w całości rozgrywa się w jednym z najpopularniejszych horrorów i jest świetna. Ale nawet dobre elementy udowadniają, że film najlepiej działa kiedy odwołuje się, czy nawet wprost cytuje znane dzieła. Stąd też takie „Player One” pełnymi garściami wykorzystuje znane i popularne postacie z gier czy filmów, choć jest coś nietrafionego w walczącej Smudze z „Overwatcha” obok Stalowego Giganta czy nawet Spartan z serii „Halo”. Rozumiem, że miały na to wpływ względy marketingowe, ale oryginalna powieść koncentrowała się na dorobku lat 70. i 80., kiedy w filmie mamy pełen przekrój. Na osłodę Spielberg proponuje dwie emocjonujące i dynamiczne sceny akcji, jedną już w początkowym akcie filmu, gdzie szalony wyścig w niczym nie ustępuje temu co widzieliśmy już w serii „Szybkich i wściekłych”, oraz końcowa bitwa, gdzie dochodzi nawet do walki Gundama z Mechagodzillą. Niejeden geek zakrzyczy ze szczęścia.

Player One4

O wiele gorzej wypadają sekwencje rozgrywające się poza OASIS. Głównie za sprawą nieciekawych, pozbawionych charyzmy aktorów. Tye Sheridan w głównej roli jest nijaki i więcej charakteru posiada jego wirtualne alter ego. Podobnie zresztą jak postać Olivii Cooke, której jedynym zadaniem przez większość czasu jest rzucać maślane spojrzenia w kierunku Sheridana. Nie sprawdza się nawet Mark Rylance, z którego Spielberg uczynił starego Tommy’ego Wiseau. Rylance ma nawet taką samą manierę mówienia jak twórca „The Room”. Spisał się jedynie Ben Mendelsohn, którego postać nie wyróżnia się ponad archetypicznych szefów wielkich i złych korporacji, a jego Nolan Sorrento zdaje się być personifikacją Electronics Arts, żądnego zwiększania zysków, zupełnie nierozumiejącego dzieła Hallidaya, nie angażującego się w brudną robotę. Rola Bena Mendelsohna przypomina tę z „Łotra 1”, ale to aktor o wielkich umiejętnościach i radzi sobie nawet wtedy, kiedy scenarzyści byli aż tak leniwi, żeby nawet nie dopisać jego postaci choć linijki stawiających jego bohatera w zupełnie innym świetle. Jest zły do szpiku kości, niczym dowolny antagonista z wczesnych produkcji należących do Kinowego Uniwersum Marvela.

W najnowszym filmie Spielberga na próżno szukać jakiegokolwiek komentarza nt. zagrożeń technologicznego postępu, czy życia w wirtualnym świecie. „Player One” to nie kolejny odcinek „Black Mirror”, a zwykły blockbuster ze swoimi wszystkimi zaletami i wadami. Tym razem jednak nie jestem w stanie kupić wizji Stevena Spielberga, którego bardziej interesowało wrzucenie do swojego filmu różnych odniesień, odwołań, cytatów i easter-eggów, zamiast skupić się na światotwórstwie, bohaterach, a przede wszystkim historii. Czy to najgorszy film Spielberga w historii? Zdecydowanie tak, dlatego jeżeli macie wybór, sięgnijcie po powieść Ernesta Cline’a, gwarantuję, że zabawa jest o wiele lepsza.

Ocena: 4/10

Oceny wszystkich zrecenzowanych przez nas filmów możecie sprawdzić na MediaKrytyk.

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz