Narodziny gwiazdy – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 5 min.
Narodziny gwiazdy1

Gwiazda Bradleya Coopera zaczęła bardzo mocno świecić od debiutu pierwszej części „Kac Vegas”. Aktor mógł liczyć na coraz lepsze role, a przez trzy lata, począwszy od 2012 roku, wystąpił w trzech produkcjach, które były nominowane w najważniejszej oscarowej kategorii. Każda kariera w pewnym momencie przechodzi swój kryzys, a ten przypadł Cooperowi w 2015 roku, kiedy to w kinach pojawiły się trzy filmy, które nie były ani komercyjnymi, ani też finansowymi sukcesami. Wydawało się, że Bradley Cooper odpocznie na chwilę od aktorstwa, by mógł wymienić baterię w swojej gwieździe, aby ta znów rozbłysła. Jednak Cooper szykował coś zupełnie innego. Kolejna wersja „Narodzin gwiazdy” (czwarta w kolejności), to dziecko Bradleya Coopera, które wyreżyserował, współtworzył scenariusz, wyprodukował i zagrał główną rolę. Tym samym aktor powrócił z własnym filmem, w którym udowadnia, że nie tylko wciąż może aktorsko zaskoczyć, ale sprawdza się również po drugiej stronie kamery. Liczne nominacje do przyszłorocznych Oscarów gwarantowane.

Jackson Maine (Bradley Cooper) jest wielką gwiazdą rocka. Będący w branży od wielu lat, uzależnił się od alkoholu, narkotyków i leków, a jakby tego było mało, zaczyna tracić słuch. Na scenie daje z siebie wszystko, ale poza nią jest wrakiem człowieka. Po jednym z koncertów udaje się w miasto. Zahacza o bar z imprezą dla drag queen, gdzie jest światkiem pięknego głosu Ally (Lady Gaga), młodej dziewczyny pracującej za dnia w restauracji, śpiewającej piosenki Édith Piaf. Jack i Ally szybko nawiązują więź. Maine wykorzystuje swoje możliwości i w trakcie jednego ze swoich występów zaprasza na scenę dziewczynę. Ally zostaje dostrzeżona przez największe szychy muzycznej branży. Coraz bardziej podupadający na zdrowiu Jack martwi się, że jego ukochana zostanie przetrawiona przez trybiki machiny. Para zaczyna coraz bardziej oddalać się od siebie.

Narodziny gwiazdy2

„Narodziny gwiazdy” to bardzo przewrotny tytuł zarówno dla Bradleya Coopera jak i partnerującej mu Lady Gagi. Na naszych oczach rodzi się nowa gwiazda sztuki reżyserskiej. Cooper swój warsztat mógł zbudować na podstawie pracy z wieloma cenionymi reżyserami, żeby tylko wspomnieć o Toddzie Phillipsie, Clintcie Eastwoodzie i Davidzie O. Russellu. Całe aktorskie doświadczenie i podpatrywanie pracy starszych kolegów po fachu zaprocentowało niezwykle dojrzałą i pewną reżyserią swojego debiutu. Zresztą „Narodziny gwiazdy” reżysersko dojrzewają wraz z każdą kolejną minutą i gdy w pierwszej połowie pojawiają się pomniejsze błędy, również scenariuszowe, tak druga połowa, o wiele bardziej dramatyczna, wyszła Cooperowi bez zarzutów. Odpowiednio potrafił dobrać wszystkie elementy, tak aby warstwa muzyczna nie wybrzmiewała za mocno tam, gdzie potrzebne jest większe udramatyzowanie relacji między bohaterami, czy też podkręcenie miłosnych uczuć.

Film może być również przepustką do aktorskiego świata dla Lady Gagi. Choć piosenkarka ma już kilka ról za sobą, w tym w drugiej części „Sin City” oraz piątym sezonie „American Horror Story” to rolą Ally może na dłużej zagościć w przemyśle filmowym. Lady Gaga ustępuje co prawda pola doskonałemu, zasługującemu na wszelkie aktorskie nagrody Bradleyowi Cooperowi, ale bez fałszu potrafi odegrać trudniejsze partie swojej roli. Do tego „Narodziny gwiazdy” zyskały niesamowity głos i energię sceniczną w scenach występów obydwu bohaterów (Bradley Cooper brał lekcje śpiewania, aby samemu zaśpiewać piosenki). Zresztą Cooper i Lady Gaga tworzą na ekranie świetną parę, w których uczucie łatwo uwierzyć, nawet jeżeli film skrótowo traktuje przebieg kariery Ally z od zera do supergwiazdy.

Narodziny gwiazdy3

Bradley Cooper nie skupia się jednak wyłącznie na trudnej miłości dwójki pokrzywdzonych osób, dążących do zaznaczenia się na świecie. Choć kochają się, to jedno wpływa na drugie destrukcyjnie, marzą zupełnie o innej ścieżce kariery, a przy tym są okaleczeni przez środowisko w którym dorastali i zbyt często traktują swojego kochanka jak plaster, którym można przykryć ranę, ale jej nie wyleczyć. Sporo reżyser poświęca miejsca na ukazanie trudów bycia wiernym samemu sobie w branży muzycznej. Szczególnie ważny jest komentarz wprost atakujący menadżerów i wytwórnie, które z największego talentu potrafią zrobić ociekającą seksem papkę dla mas, śpiewającą dyskotekowe kawałki z prostym tekstem pozbawione jakiegokolwiek przesłania czy głębi, napisane przez szereg wyrobników.

„Narodziny gwiazdy” oferują naiwną i prostą historię miłosną, ocierającą się wręcz o bajkę dla dorosłych, którą niejednokrotnie doświadczaliśmy już w kinie, ale Bradley Cooper robi z niej małe dzieło sztuki, pełne emocji, wzruszeń i cennych lekcji. Do tego bezbłędnie zrealizowane sceny koncertowe ubarwione świetnym głosem Lady Gagi. Bradley Cooper nie mógł wymarzyć sobie lepszego reżyserskiego debiutu. To się nazywa prawdziwe narodziny gwiazdy.

Ocena: 8/10

Oceny wszystkich zrecenzowanych przez nas filmów możecie sprawdzić na MediaKrytyk.

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz