Johnny English: Nokaut – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 4 min.
Johnny English: Nokaut1

Brytyjska agencja wywiadowcza MI7 zostaje zaatakowana przez hakera, który wykradł dane każdego tajnego agenta Jej Królewskiej Mości. Pani premier (Emma Thompson) przywraca do służby agentów z emerytury. Wśród nich jest Johnny English (Rowan Atkinson), który już nie raz uratował Wielką Brytanię. Wraz ze swoim kompanem Boughem (Ben Miller) wyrusza na misję odnalezienia i powstrzymania hakera, który atakuje kluczowe dla funkcjonowania państwa infrastrukturę. English podąża do Francji, gdzie na swojej drodze spotyka Ofelię (Olga Kurylenko) – atrakcyjną agentkę rosyjskich służb. W międzyczasie pani premier zaprasza do siebie słynnego wizjonera i przedsiębiorcę (Jake Lacy), który może naprawić szkody wyrządzone hakerskimi atakami. Przez zbliżający się szczyt G12, English ma coraz mniej czasu na powstrzymanie cybernetycznego przestępczy.

Analogowość kontra nowoczesna technologia, to główny motyw przyświecający „Johnny English: Nokaut”. Nie oczekujcie jednak większego komentarza odnośnie nowoczesnych technologii, czy zbierania danych przez wielkie korporacje. Wszystko to służy wyłącznie za pretekst do popychania fabuły kolejnymi mniej lub bardziej udanymi gagami. Trzecia część przygód najbardziej nieporadnego agenta brytyjskiej Korony to wciąż ta sama absurdalna komedia będąca parodią całego szpiegowskiego gatunku. Choć seria zyskała swoją własną autonomiczną tożsamość w poprzedniej części, zrywając z kpiną i karykaturą serii filmów o Jamesie Bondzie, to humor wciąż bazuje na najtańszych chwytach, wyśmiewając absurdy kina szpiegowskiego.

Johnny English: Nokaut2

Humor udał się połowicznie. Zbyt wiele dobrych momentów zdradzono już w zwiastunie, więc najlepiej byłoby go przed seansem w ogóle nie oglądać, bo film wtedy sporo traci, ale wciąż ma kilka udanych momentów, jak chociażby ekspresyjny taniec głównego bohatera na parkiecie hotelowej dyskoteki. Niestety pod względem rozbawiania widza wiele też się nie udało. Im bliżej końca, tym humor staje się coraz bardziej siermiężny, a nie pomaga w tym ciągłe wykorzystywanie tego samego gagu z upadającymi bohaterami. Śmieszne to było za pierwszym razem, ale każdy kolejny przyjmuje się z mieszanką zażenowania i znudzenia.

Film więc na swoich barkach niesie niezawodny Rowan Atkinson. Jest to jego pierwszy kinowy występ od czasów poprzedniej części sprzed siedmiu lat i choć przybyło mu kilka nowych zmarszczek, to nic nie stracił na uroku abstrakcyjnego półgłówka. Zresztą „fasolizmy” to najlepsze, co spotkało „Johnny’ego Englisha: Nokaut”. Aktor najlepiej sprawdza się wtedy, gdy może grać wyłącznie mimiką i swoim ciałem, bez potrzeby wypowiadania jakichkolwiek dialogów. To właśnie pantomima w wykonaniu Atkinsona najbardziej bawi w całym filmie.

Johnny English: Nokaut3

Gorzej wypada pozostała część obsady na czele z Emmą Thompson. Aktorka wyraźnie dobrze bawiła się wcielając się w rolę szefowej brytyjskiego rządu, ale reżyser najwyraźniej nie potrafił jej okiełznać, przez co jej gra jest pełna egzaltacji. Kiepski jest również Jake Lacy, jako biznesmen z niewyjaśnionymi motywacjami, odgrywający po prostu rolę tego złego. Jeszcze najlepiej wypada Olga Kurylenko, jako rosyjska femme fatale.

„Johnny English: Nokaut” to głupkowate, ale lekkie kino, które należy przyjmować bez większych refleksji, wtedy dobra zabawa gwarantowana. W innym przypadku nawet te niecałe półtorej godziny może stać się walką ze scenariuszowymi absurdami i płyciznami, odtwórczymi żartami i nienajlepszą grą aktorską większości obsady. Pomimo piętnastu lat istnienia Johnny’ego Englisha na rynku, ten nieporadny brytyjski agent nic się nie zmienił, dlatego „Nokaut” z pewnością nie będzie tą częścią, po której pokochanie Englisha i jego chroniczne pakowanie się w kolejne kłopoty.

Ocena: 5/10

Oceny wszystkich zrecenzowanych przez nas filmów możecie sprawdzić na MediaKrytyk.

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz