Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 9 min.
Ostatni Jedi1

Na kilkanaście dni przed premierą „Gwiezdnych Wojen: Ostatniego Jedi”, Disney podał informację, że całkowicie nowa trylogia, która ma zostać zapoczątkowana w 2021 roku, stworzona zostanie przez Riana Johnsona, czyli reżysera ósmej części gwiezdnej sagi. O tym, że reżyseria filmów z gwiezdowojennego uniwersum nie jest usłana różami, przekonał się o tym Colin Trevorrow, a później duet Phil Lord i Christopher Miller, którzy zostali wyrzuceni i zastąpieni innymi reżyserami. Ale Disney, a przede wszystkim nadzorująca wszystko Kathleen Kennedy, dał spory kredyt zaufania Rianowi Johnsonowi, jeszcze przed premierą jego najnowszego filmu. Fani więc mogli odetchnąć z ulgą w ostatnich dniach wyczekiwania na premierę „Ostatniego Jedi”, bo nikt nie dostaje własnej trylogii, skoro na nią nie zasłużył.

Ale po tym co obejrzałem mam pewne obawy, czy Rian Johnson to na pewno odpowiednia osoba do pogłębiania uniwersum „Gwiezdnych Wojen”. Jego „Ostatni Jedi” jest filmem specyficznym, pod wieloma względami inny od odwołującego się do oryginalnej trylogii „Przebudzenia mocy” czy militarnego „Łotra 1”. Już sama struktura fabularna wskazuje, że druga część najnowszej trylogii jest filmem oryginalnym, odważnym, ale jednocześnie najbezpieczniejszym ze wszystkich, stworzonym na modłę superbohaterskich filmów Marvela, co zdecydowanie nie przypadnie do gustu każdemu. Pierwsza godzina zleci więc na przyzwyczajeniu się do wizji Johnsona, który żongluje różnymi stylami, chwytami narracyjnymi, a nawet gatunkami, które nie zazębiają się ze sobą na tyle, żeby te zmiany nie były wyczuwalne.

Ostatni Jedi2

Najbardziej razi przesadna liczba żartów, którymi można byłoby obdzielić kolejne dwie trylogie. Jest to jedna z najbardziej dostrzegalnych  zmian, które przeszkadzają od pierwszej minuty. Oczywiście „Gwiezdne Wojny” nigdy nie były produkcjami, które stroniły od gagów, ale w filmie Riana Johnsona jest ich w nadmiarze, a słowne przekomarzanki, czy urocze i nieporadne droidy, zostały w większości zastąpione przez żarty sytuacje, które zazwyczaj nie pasują do powagi okoliczności. Bo „Ostatni Jedi” fabularnie koncentruje się na pewnym wycinku z historii, w którym miejsc na żarty jest naprawdę niewiele. Traci na tym głównie ton całego filmu, który w obrębie jednej sceny potrafi się kilkukrotnie zmienić, co wybija z rytmu i ma poważny wpływ na dalszy odbiór. Nie odpowiadała mi także kompozycja fabularna, do której długo trzeba się przyzwyczajać, a sporadyczne wyskoki z głównego nurtu historii, nie są aż tak ciekawe i bardziej przypominają fanserwis niż coś, co jest spójne z resztą.

„Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi” okazuje się co najwyżej przeciętnym autonomicznym filmem, którego próg wejścia jest na tyle wysoki, że osoby niezaznajomione z sagą kompletnie się w tym nie odnajdą, zaś fani będą musieli przywyknąć do wielu nietrafionych decyzji, nie tylko reżysera, ale również producentów. Ale wszystko to nie ma najmniejszego znaczenia, jeżeli podejdzie się do filmu jako środkowego odcinka trzeciego sezonu serialu. Wiadomo, że to połączenie początku i końca, więc twórcy nie mogli pójść na całość, dlatego „Ostatni Jedi” jest produkcją, która od nowa ustawia wszelkie pionki na szachownicy, przedstawiając klocki, które mają tworzyć grunt pod wielki finał w dziewiątej części. A robi to w na tyle interesujący i zaskakujący sposób, że ciężko uznać film Riana Johnsona za niesatysfakcjonujący.

Ostatni Jedi3

Twórcy przygotowali wiele niespodzianek, niektóre bardziej przewidywalne, inne mniej, ale dzięki nim jest to część, która rzuca zupełnie nowe światło na wiele spraw. Już w „Przebudzeniu Mocy” wątek Kylo Rena był czymś więcej, niż ten Vadera z oryginalnej trylogii, pokazujący inne oblicze pochłaniania przez ciemną stronę mocy, a niejednoznaczność zostaje w „Ostatnim Jedi” jeszcze bardziej pogłębiona. Jest to zdecydowanie najciekawszy wątek, który nie daje jasnych odpowiedzi, a jak udowadnia ta część, ciemna strona mocy może zrodzić się z całkowitego przypadku i niezrozumienia. Również spotkanie Luke’a i Rey nie będzie tym, czego widzowie mogą się spodziewać. Wiele zwrotów fabularnych zaskakuje pozytywnie, nawet jeżeli jest to tylko zwodzenie i szachowanie widzów, aby jeszcze bardziej podkręcić emocje. Jednak twórcy zupełnie polegli na ujawnianiu dwóch najważniejszych tajemnic z poprzedniej części. Jedna w ogóle nie zostaje wyjaśniona i raczej już nie będzie, zaś druga jest zwyczajnie rozczarowująca, chociaż to może być jeden z blefów, którego prawdziwe rozwiązanie w ostatniej części zszokuje nas wszystkich.

Najdłuższy film w uniwersum niestety obfituje w wiele dłużyzn i niepotrzebnie rozciągniętych scen. Niektóre wątki nie są aż tak ciekawe jak inne, zaś inne kończą się zanim na dobre się rozwiną. Takim przykładem jest wątek Poe Damerona, który zmaga się z własnymi ambicjami i ego. Jest tam potencjał na historię, której skutki odczuwalibyśmy w ostatniej części tej trylogii, ale już w tej części dochodzi do jego rozwiązania. Jednak w „Ostatnim Jedi” jest więcej pomniejszych wątków i sytuacji, których rozwiązanie przychodzi zbyt szybko. Mimo to gdy spojrzy się na to z perspektywy zakończenia, Rian Johnson zrobił kawał dobrej roboty, odpowiednio wszystko łącząc w obrębie tej konkretnej historii, aby nawet nielogiczności i fabularne głupoty straciły na znaczeniu, a widz skupił się na tym, jak ostatecznie wszystko zostało rozwiązane.

Ostatni Jedi4

Jeżeli jednak reżyserowi wyszło coś bez żadnych zarzutów, to są to wszelkie starcia. Obojętnie, czy mowa o długiej, otwierającej scenie w kosmosie, bitwie na miecze świetlne przypominające swoją maestrią choreograficzną najlepsze sceny z obu części „Johna Wicka”, czy końcowe starcie, które dosłownie wgniata fotel emocjonalnym ładunkiem, Rian Johnson wychodzi z tych starć obronną ręką. Bez wątpienia, są to najlepsze sceny w filmie, a nawet i w całej sadze, i aż szkoda, że w trwającym 150 minut montażu, znalazło ich się tak niewiele.

Podobać się również mogą nowe postacie w gwiezdowojennym uniwersum. Najwięcej czasu poświęcono Rose Tico (Kelly Marie Tran), która szybko łapie chemię z Finnem. Film wiele zyskuje na jej energii i osobowości, dodając do swojego portfolio kolejną interesującą postać, którą można w ciekawy sposób rozwinąć nie tylko w kolejnej części, ale też spin-offach. Mniej wykorzystanym, ale równie charyzmatycznym bohaterem jest DJ sportretowany przez Benicio del Toro. Takich postaci w sadze nigdy za wiele, dlatego liczę, że wyrośnie na nowego Lando Calrissiana. Najgorzej, ale równie przyzwoicie prezentuje się Wiceadmirał Amilyn Holdo. Nie jest to postać, którą można byłoby zaprzątać sobie za bardzo głowę, ale Laura Dern robi co może, aby została z tej niewielkiej, ale znaczącej roli zapamiętana.

Ostatni Jedi5

Sprawdza się także stara obsada, zarówno ta która dołączyła do uniwersum dwa lata temu, jak i starszyzna. Role Daisy Ridley, John Boyega, Oscar Isaac jak i Domhnall Gleeson nie odbiegają za bardzo od tego, co widzieliśmy już dwa lata temu. Aktorzy jedynie potwierdzają, że osoby od castingu wykonały kawał doskonałej roboty, obsadzając tych aktorów akurat w takich rolach. Najciekawiej wypada Adam Driver, którego krytyka była nie do końca słuszna już dwa lata temu, ale której twórcy byli świadomi, dlatego w doskonały sposób prowadzą tę postać tak, aby już nikt nie miał wątpliwości, że to antagonista na miarę Dartha Vadera. Zaskakująco dobry powrót zalicza Mark Hamill, który bardzo stonowanie odgrywa swoją postać. Chodzą słuchy, że Disney będzie prowadził kampanię, aby odtwórca roli Luke’a Skywalkera powalczył o nominację do przyszłorocznego Oscara i słusznie, bo to wielka rola. Ja mam jednak własną propozycję, a jest nią nie kto inny jak Carrie Fisher. Starsza już Leia ma w sobie tyle samo żywiołowości i dobroci jak w najstarszej trylogii, zaś jej nabyta z wiekiem mądrość jeszcze bardziej pogłębia tę postać. Zmarła pod koniec zeszłego roku Carrie Fisher zaliczyła najlepszą rolę w swojej karierze, dlatego jej nominacja nie byłaby tanim chwytem, mającym uhonorować całokształt jej twórczości, a zasłużoną nagrodą za świetnie wykonaną pracę nad „Ostatnim Jedi”.

Wizualnie nowe „Gwiezdne Wojny” zachwycają. Niezależnie czy mowa o kosmicznych starciach, pojedynkach na miecze świetlne, czy zupełnie nowej planecie, efekty specjalne cieszą oczy. Ale „Ostatni Jedi” nie idzie drogą drugiej trylogii i wykorzystuje efekty komputerowe tylko tam, gdzie jest to niezbędne. Dlatego fanów oryginalnych trzech części ucieszy wykorzystanie animatronicznych stworzeń czy kukieł. Jeżeli można się do czegokolwiek przyczepić, to do nienajlepszego wyglądu Głównodowodzącego Snoke’a. Na tę chwilę postać nie razi sztucznymi efektami specjalnymi, ale za rok czy dwa już zacznie. „Ostatni Jedi” ma więc ten sam problem co chociażby filmy Marvela, które w dzień premiery wyglądają bardzo ładnie, ale wystarczy odczekać rok, aby przekonać się, że to co zachwycało wcześniej, teraz negatywnie zaskakuje tanimi efektami.

Ostatni Jedi6

„Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi” są filmem, który najmocniej podzieli zarówno fanów, jak i zwykłych widzów. Rian Johnson z jednej strony dał nam sceny akcji, które na długo zapadają w pamięci, w świetny sposób rozszerzając uniwersum o kolejne planety i stworzenia, ale z drugiej stosuje nieprzystające do sagi zabiegi narracyjne. Gdy dodamy do tego parę scen, w których twórcy testują tolerancję widowni, bo ich głupota wywołuje jedynie uśmiech politowania, dostajemy część serii, wywołującą najbardziej skrajne uczucia  Nie jest to najlepszy film, ale jeżeli zaczniemy odbierać go w kategorii kolejnego odcinka, nagle „Ostatni Jedi” urasta do rangi jednego z najlepszych filmów z „Gwiezdnych Wojen”. Szczególnie, gdy już na chłodno zdamy sobie sprawę, jak wiele ten film zmienia i sprawnie buduje podwaliny pod kolejną część.

Ocena: 8/10

Oceny wszystkich zrecenzowanych przez nas filmów możecie sprawdzić na MediaKrytyk.

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz