Ciekawy przypadek ROMEO IS A DEAD MAN, gry która nie chce i nie musi być dobra

Romeo
Romeo

Są gry, które od pierwszych minut próbują przekonać odbiorcę, że zostały zaprojektowane dla każdego, a ROMEO IS A DEAD MAN idzie w dokładnie przeciwnym kierunku. Suda51 nie będzie przecież przepraszał za to, że w ciągu kilku minut potrafi zmienić stylistykę, gatunek oraz ton opowieści. Co ważniejsze, pod warstwą kontrolowanego szaleństwa, kryje się jednak całkiem solidna gra akcji. Nie zawsze dopracowana, niekiedy męcząca, ale pełna osobowości, której brakuje wielu znacznie większym produkcjom.

Historia Romea Stargazera zaczyna się jak tragikomiczna opowieść o miłości, a szybko przeradza się w kosmiczną operę o podróżach między wymiarami, anomaliach czasoprzestrzennych i walce z przestępcami wykraczającymi poza logikę. Bohater, wskrzeszony jako agent Dead Man, przemierza kolejne rzeczywistości, próbując jednocześnie uratować Juliet i zrozumieć sens wydarzeń, które wymykają się jakiejkolwiek spójnej interpretacji. Fabuła celowo ignoruje zasady realizmu. Mamy tu filozoficzne dialogi prowadzone przez telewizory, alternatywne wersje postaci, absurdalne monstra i odniesienia do popkultury wrzucane bez większego porządku. To narracja, która nie tyle opowiada historię, co ją performuje w sposób chaotyczny, przerysowany i momentami celowo niezrozumiały. A jednak pod tym szumem kryje się emocjonalny rdzeń: obsesyjna miłość Romea do Juliet, która nadaje sens całemu temu multiversum szaleństwa.

Największym atutem gry jest jej tożsamość wizualna i dźwiękowa. ROMEO IS A DEAD MAN wygląda jak zderzenie kilku estetyk naraz: komiksu, cyberpunku, horroru biologicznego i retrofuturystycznego snu. Każda lokacja zmienia styl, a muzyka płynnie przechodzi od energetycznych utworów do niepokojących, niemal hipnotycznych kompozycji. To nie jest gra „ładna” w klasycznym sensie – to gra konsekwentnie dziwna. System walki łączy broń białą i palną, stawiając na agresję i płynne przełączanie stylów. Kluczową mechaniką jest Bloody Summer – system nagradzający ofensywną grę potężnymi atakami i regeneracją zdrowia. Do tego dochodzą Bastards, czyli przywoływane istoty wspierające gracza. W efekcie walka staje się dynamiczna, brutalna i momentami wręcz chaotyczna, ale satysfakcjonująca, gdy wszystko zaczyna działać razem.

Nie wszystko jednak działa równie dobrze. Fragmenty Subspace spowalniają tempo i szybko zaczynają nużyć, a optymalizacja pozostawia sporo do życzenia. Gra bywa nierówna, a jej ambicje momentami przerastają wykonanie. To tytuł, który częściej imponuje pomysłem niż dopracowaniem. I tu dochodzimy do sedna. ROMEO IS A DEAD MAN nie jest grą „dobrą” w tradycyjnym sensie. To raczej manifest twórczej wolności, jak wiele (każda?) gier Sudy51 – świadomie chaotyczny, przesadzony i nie zawsze wygodny. W świecie gier, które coraz częściej są projektowane tak, by nikogo nie zaskoczyć, taka produkcja działa jak zgrzyt. Bo może właśnie o to chodzi: nie o perfekcję, ale o charakter. ROMEO IS A DEAD MAN nie próbuje być grą dla wszystkich i dzięki temu staje się grą, której nie da się łatwo zapomnieć. A wniosek jest prosty: lepiej czasem zagrać w coś niedoskonałego, ale żywego, niż w coś idealnie wygładzonego, ale pozbawionego duszy.