Aquaman – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 8 min.
Aquaman1

O niepowodzeniu kinowego uniwersum DC Comics można dyskutować godzinami. Na całe szczęście włodarze Warner Bros. i DC poszli po rozum do głowy, zdając sobie sprawę, że walka o superbohaterski prym z Marvelem jest już przegrana i trzeba pójść zupełnie inną drogą, aby bohaterowie kart komiksów ze stajni DC Comics wciąż mieli szansę zaistnieć na srebrnym ekranie. Odejście od budowania jednego i spójnego uniwersum na rzecz autonomicznych, niepowiązanych ze sobą pojedynczych historii o superbohaterach okazało się jedynym ratunkiem, który rzeczywiście się sprawdza. Po ciepło przyjętej „Wonder Woman” i porażce na wszystkich frontach „Lidze Sprawiedliwości”, ostatnią pozostałością po próbie budowania uniwersum, przyszedł teraz czas na własny film o Aquamanie. Jeżeli wspomni się jeszcze, że za film odpowiedzialny jest James Wan, reżyser pierwszej „Piły”, obu części „Obecności” oraz siódmej odsłony „Szybkich i wściekłych” można być pewnym, że DC wreszcie wstaje z kolan, prezentując poziom, który nie wypada aż tak katastrofalnie na tle Kinowego Uniwersum Marvela. Ale czy na pewno?

Władca Atlantydy, król Orm (Patrick Wilson), pragnie zjednoczyć wszystkie podwodne królestwa i stanąć na czele wielkiej armii przeciwko ludziom. Jedyną osobą, która może mu się przeciwstawić jest Arthur Curry (Jason Momoa), w żyłach którego płynie zarówno królewska krew mieszkańców Atlantydy, jak również ludzi. Mera (Amber Heard), córka króla Nereusa (Dolph Lundgren), przyrzeczona królowi Ormowi, udaje się na powierzchnię, aby przekonać Arthura do walki z żądnym krwi władcą podwodnej krainy. Razem udają się w podróż po legendarny Trójząb, dzierżony w zamierzchłych czasach przez króla Atlana (Graham McTavish). Tylko za pomocą potężnej broni, Aquaman będzie mógł powstrzymać widmo wojny i stać się prawowitym władcą tronu Atlantydy.

Aquaman2

Choć to dopiero pierwszy film o Aquamanie, nie jest to origin story tego bohatera, jako że właściwa akcja filmu rozgrywa się po wydarzeniach z „Ligi Sprawiedliwości”. Aquaman jest doskonale znany nie tylko mieszkańcom podwodnych królestw, ale również ludziom, którym to Arthur nie odmawia zrobienia ze sobą zdjęcia. Jednak historia Arthura Curry’ego nie jest tak powszechnie znana, jak chociażby Bruce’a Wayne’a, więc film otwierają sceny z pierwszego spotkania rodziców przyszłego Aquamana oraz jego narodzin. Na szkolenie młodego Arthura przyjdzie czas w późniejszej partii filmu, ale od początku dowiadujemy się, dlaczego tytułowy bohater jest wrogo nastawiony do swoich oceanicznych korzeni. Jako, że twórcy nie chcieli stworzyć origin story bohatera, wypełnili swój film ekspozycją oraz niepotrzebnymi retrospekcjami, mającymi przybliżyć wszystkie najważniejsze punkty, które wcześniej czy później zostaną odhaczone z fabularnej listy. Jest to spory minus tej produkcji, która zbyt nachalnie próbuje pewne rzeczy przypominać, tak aby widz nie zapomniał o co toczy się gra, zupełnie ignorując poszerzenie wiedzy w innych aspektach. Już sam koncept siedmiu odrębnych podwodnych królestw jest na tyle intrygujący, że mógłby stać się osią fabularną całego filmu i choć ostatecznie odwiedzamy przynajmniej na chwilę kilka z nich, to wciąż niewiele wiadomo o poszczególnych krainach, mieszkańcach i wspólnej historii podwodnych monarchii.

Fabuła nie jest mocną stroną „Aquamana”. Film jest mieszanką kina przygodowego, typowej akcji dla superbohaterskich produkcji, z odrobiną letniego romansu, paru chwil horrorowej grozy, czy kina wojennego zmieszanego z monster movie. Każdy odnajdzie w filmie zupełnie inne tropy odwołujące się do najróżniejszych tytułów, co czyni „Aquamana” produkcją w całości złożoną z filmowych elementów, które już wcześniej widzieliśmy na ekranie. Nie jest to jednak nic złego, bo James Wan prawidłowo to wszystko pozszywał, ale film kompletnie niczym nie zaskakuje, a przez znajome rozwiązania fabularne i inscenizacyjne, ciężko jakkolwiek się w to zaangażować czy też emocjonować. Przewidywalność historii i rozwiązania poszczególnych wątków niestety w „Aquamanie” mogą znudzić, szczególnie w drugim akcie filmu, gdzie bohaterowie ciągle przed kimś uciekają.

Aquaman3

Sama akcja również ma swoje wzloty i upadki. Większość pojedynków, czy to toczących się na lądzie, czy pod wodą, jest szybka i efektowna, a sama choreografia walk cieszy oko (są nawet mastershoty), ale ciężko nie rozczarować się wielką morską bitwą, której twórcy kompletnie nie potrafią wykorzystać, pokazując przede wszystkim skale obu armii, ale już nie same pojedynki, bo bitwa musi ustąpić pojedynkowi głównego bohatera z jego przeciwnikiem. Nie rozumiem również, dlaczego czterokrotnie wykorzystano ten sam zabieg mający rozpocząć walkę Aquamana z wrogami, polegający na nagłym wysadzeniu, czy to drzwi, czy ściany, sygnalizujący pojawienie się żołnierzy Atlantydy. Za pierwszym i drugim razem było to ciekawe, ale przy kolejnych dwóch wyłącznie żenowało, że James Wan i spółka nie mieli lepszego pomysłu, jak inaczej można zainicjować walkę. Żenujących momentów jest w filmie więcej, żeby tylko wspomnieć o pierwszym pocałunku Arthura i Mery, czy wyłonienie się owej dwójki z morskich głębin w rytmie utworu „Ocean to Ocean” Pitbulla.

„Aquamana” trzeba jednak pochwalić za rewelacyjnie ukazany podwodny świat, a co za tym idzie, wysokiej jakości efekty specjalne. CGI, szczególnie w ostatnich trzech dziełach DC, delikatnie mówiąc nie było można zaliczyć do udanych, na szczęście w „Aquamanie” to się zmienia. Może kilka razy widać, że efekty specjalne odstają od reszty, ale jak na film z wysokim budżetem przystało, gołym okiem widać, na co poszła większość budżetu. Bez znaczenia, czy mowa o scenach akcji, wygenerowanych komputerowo stworzeniach, poszczególnych elementach świata, czy nawet zwykłych rozmowach toczących się pod wodą, wygląda to rewelacyjnie i nie razi sztucznością czy tandetą. I tu powracamy do wielkiej sceny batalistycznej, wyglądającej perfekcyjnie i dlatego żal, że nie potrwała o wiele dłużej, bo mielibyśmy do czynienia z jedną z najlepszych komputerowych bitew w historii kina, a tak musimy obejść się niestety smakiem.

Aquaman4

Rozczarowany jestem postacią Mery, w którą świetna w tej roli Amber Heard potrafiła tchnąć życie, ale scenariuszowo jest to bohaterka dosyć płaska, mająca jedynie stać u boku Aquamana i mu pomagać. Wielokrotnie potrafi pokazać na co ją stać, wyciągając tytułowego bohatera z tarapatów, ale liczyłem na postać tak silnie oddziałującą na cały film jak Wonder Woman w „Batman v Superman”, czy Czarną Wdowę z konkurencyjnej serii, a otrzymujemy postać, której nie życzyłbym solowego filmu. Wciąż bardzo dobrze sprawdza się w swojej roli Jason Momoa. Aquaman nie jest dokładnie tą samą postacią, jaką był w „Lidze Sprawiedliwości”, co aktorowi najwyraźniej odpowiada, bo sprawia, że od jego postaci bije charyzma, już nie tylko podparta górą mięśni i rzucaniem żartów. Momoa jest więc najjaśniejszym aktorskim punktem filmu.

Dobrego słowa nie można powiedzieć o antagonistach „Aquamana”. Film padł ofiarą trendu kina superbohaterskiego, w którym należy upchać jak najwięcej złoczyńców. Nigdy się to dobrze nie kończy i tak jest też w przypadku Czarnej Manty. Co prawda James Wan w wywiadach sygnalizował, że ten arcyłotr jedynie zaznaczy swoją obecność w serii, ale i tak czuć zmarnowany potencjał postaci, która wypada o wiele ciekawiej od drugiego przeciwnika, czyli króla Orma. Czarna Manta ma jasne i konkretne motywacje do walki z Arthurem, czego brakuje władcy Atlantydy. Król Orm jest postacią jednowymiarową, przesiąknięty złem i nikczemnym charakterem, co zostaje ledwo w filmie wytłumaczone, a Patrick Wilson niewiele daje od siebie, aby zamazać kiepski obraz swojego bohatera.

Aquaman5

Warner Bros. i DC Comics mogą zaliczyć „Aquamana” do filmów udanych, ale muszą również wyciągnąć lekcję ze wszystkich popełnionych błędów, aby kolejna część nie rozczarowywała w takim stopniu, jak pierwsza. Nie jest to zły film, ale nie jest też tak dobry jak „Wonder Woman”, prezentując poziom przeciętnego letniego blockbustera, cieszącego oko świetnymi efektami specjalnymi oraz dynamiczną akcją, ale oferującą nieangażującą, odtwórczą i po prostu słabą historię. „Aquaman” nie pozostaje z widzem po seansie zbyt długo, ale film potrafi dostarczyć rozrywki przez ponad dwie godziny trwania. DC wstaje więc z kolan, ale wciąż nie potrafi ustać o własnych siłach. Może następnym razem się uda.

Ocena: 6/10

Oceny wszystkich zrecenzowanych przez nas filmów możecie sprawdzić na MediaKrytyk.

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz