Filary Ziemi

Ocenił dnia


Filary Ziemi – recenzja epizodu “Z popiołów”

Jeśli na pudełku z grą, stronie Steama lub gdziekolwiek indziej widzisz charakterystyczne piórko będące logiem Daedalic Entertainment, to możesz być pewien, że jest to znak jakości dobrej gry przygodowej. Co tu dużo mówić – dwie części The Whispered World, fenomenalna seria Deponia, czy gry przygodowe oparte o świat The Dark Eye sprawiły, że ci twórcy mają taką, a nie inną pozycję wśród producentów współczesnych przygodówek. Dlatego też choć nie znam twórczości Kena Folleta, mogłem być pewien tego, że w rękach Daedalic adaptacja jego Filarów Ziemi będzie co najmniej dobrą produkcją. Czy się w jakimś stopniu zawiodłem? Zapraszam do przeczytania recenzji, a dowiecie się sami.

Ken Follet to ceniony brytyjski pisarz, który znany jest za sprawą wielu hitowych publikacji. Jednakże jak sam twierdzi, jego najważniejszym dziełem jest cykl Kingsbridge, którego pierwszą częścią są Filary Ziemi – najlepiej sprzedająca się książka Kena Folleta. Filary doczekały się już dosyć dobrze ocenianego serialu i gry planszowej, a teraz dzięki firmie Daedalic Entertainment możemy ujrzeć obraz dwunastowiecznej Anglii na naszych monitorach, a na dodatek uczestniczyć w samej akcji zaserwowanej nam pod postacią gry przygodowej. Jako że tytuł ten ma formułę gry epizodycznej, to w niniejszej recenzji omówimy tylko pierwszy epizod. Inne według twórców zostaną udostępnione “już niedługo”. Czyli na dobrą sprawę – nie wiadomo kiedy.

W grze wcielimy się w kilku bohaterów. Pierwszym z nich jest Tom Budowniczy, którego zastajemy już w prologu przy dosyć nietypowej sytuacji. Określenie “nietypowa” musi wam w pełni wystarczyć, bo z racji potencjalnego braku zaskoczenia odbiorcy nie chcę zdradzać niczego więcej. Profesję Toma możecie wyczytać z jego nieformalnego nazwiska. Jego marzeniem jest wybudowanie wiekopomnej budowli, która przyniesie mu sławę. Konkretnie chodzi o kościół. Niestety nigdzie nie może znaleźć pracy przystającej jego ambicjom i bieduje, chodząc z rodziną od miasta do miasta.

Drugim głównym bohaterem (przynajmniej pierwszego epizodu) jest Ojciec Philip, mnich przybywający do katedry w Kingsbridge. Kościół w owej miejscowości znajduje się w opłakanym stanie, a na dodatek chodzą plotki głoszące, że pojawił w nim się sam diabeł, który rzekomo miał przyczynić się do śmierci do niedawna aktualnego przeora klasztoru. Jako trzeci do naszej kontroli zostaje oddany nastolatek Jack – syn banitki, której losy splatają się w pewnych okolicznościach z poznanym wcześniej Tomem Budowniczym. Jeśli umiecie łączyć fakty, to możecie już teraz domyślić się nieco przyszłych wydarzeń w związku z katedrą Kingsbridge.

Oprócz tego wątku fikcyjnego, Filary Ziemi są mocno osadzone w realiach historycznych ówczesnych intryg. Widać to głównie za sprawą momentów, w których kierujemy Philipem. I muszę powiedzieć, że fabuła mi się spodobała. Co prawda jest to dopiero pierwszy epizod z trzech zaplanowanych, ale już teraz czuję, że dalsze wydarzenia będę śledził z takim samym, a może nawet i większym zaciekawieniem. Być może wpływ ma na to fakt, że nie czytałem książkowej wersji Filarów i jest to po prostu dla mnie coś nowego. Tym samym nie mogę również odnieść się do tego, czy gra jest wierną adaptacją oryginału.

Wierzę jednak, że tak w istocie jest. Pamiętajmy jednak, że formuła elektronicznej rozrywki jest nieco innym medium od książki. Rządzi się własnymi prawami, z czego główną różnicę pomiędzy nimi stanowi… interaktywność. Filary Ziemi są grą przygodową, która w mocnym stopniu stawia na wybory podejmowane przez gracza. Twórcy chwalą się tym, że w niektórych momentach zależnie od podjętych przez nas decyzji będziemy mogli w minimalnym stopniu zmienić bieg fabuły książkowej. Myślę, że coś takiego powinno zadowolić fanów. Nie jest to zwykłe śledzenie znanej już im historii, a poniekąd nowe jej opowiedzenie, w której będą mogli podjąć inne decyzje od tych popełnionych przez literackich bohaterów.

A twórcy kładą na to naprawdę mocny nacisk. Pierwszy epizod zapewnia nam łącznie akcję z siedmiu książkowych rozdziałów i po każdym z nich dostajemy podsumowanie naszych decyzji. Przekonałem się na własnej skórze o tym, że w późniejszym etapie zabawy mój wybór i podjęte przeze mnie dodatkowe działania autentycznie wpłynęły na kwestie wypowiadane przez bohaterów. Oczywiście czasami ma miejsce tutaj również sprytna iluzja wyborów, bo nie da się stworzyć stuprocentowo nieliniowej adaptacji. Historia zawsze będzie ograniczała producentów. Ktoś może denerwować się tym, że w kluczowym dla fabuły miejscu każda decyzja poprowadzi do tego samego rezulatatu, ale cóż… przyzwyczailiśmy się już do tego w grach Telltale, to i tu damy radę.

A jeśli mowa o Telltale… Filary Ziemi nie są klasyczną przygodówką. Oczywiście chodzimy tutaj po planszy, rozmawiamy z postaciami, podnosimy przedmioty i rozwiązujemy zagadki, ale wszystko jest zdecydowanie prostsze od tego, do czego przyzwyczaiły nas inne gry od Daedlic Entertainment. Nie wiem, czy był taki moment, w którym musiałem zastanowić się nad rozwiązaniem łamigłówki. Wszystko robimy automatycznie, przez co historia jest ciągła. Adaptacja książki Kena Folleta to raczej interaktywny film, a by uściślić – interaktywna kreskówka z racji przyjętego przez autorów stylu.

I w tym momencie przechodzimy płynnie do grafiki. Jest ona śliczna! Naprawdę. Tła niektórych lokacji mógłbym z czystym sumieniem powiesić na ścianie w formie obrazów. Nieco gorzej sprawa ma się z postaciami. A konkretniej z ich twarzami. Nie są one już tak dobre od reszty i w mojej opinii nieco odstają. Skaza na diamencie? A może po prostu celowy zamysł twórców? Nie wiem. Nie przesądzają jednak one na ocenie, bo to tylko jeden element grafiki, która całościowo została wykonana przecież bardzo dobrze.

Podobnie jest zresztą z muzyką. Zawsze lubiłem kawałki w grach od Daedlic Entertainment. Dobrze się ich słuchało, ale raczej nigdy nie należały one do wybitnych. No… może oprócz ścieżki dźwiękowej z serii Deponia. W Filarach Ziemi jest naprawdę dobra, ale nie sądzę, by w serwisach poświęconych muzyce z gier zbierała ona na koniec roku zaszczytne nagrody. Ot, po prostu właściwe brzmienie na właściwym miejscu, które nadaje opowieści klimatu, ale potrafi też zwiększyć dynamikę akcji i podniosłość wydarzeń.

Przejście pierwszego epizodu (zwanego też księgą) zajęło mi pięć godzin. Niby niewiele, ale jeśli taki czas potrzebny na przejście utrzyma się również przez kolejne dwa epizody, to będę w pełni usatysfakcjonowany. Ważne jest to, że gra potrafi różnicować doznania. Momentami jest naprawdę spokojna, by później ostro przyspieszyć akcję. To mi się podoba! I powinno spodobać się również miłośnikom interaktywnych filmów rodem od Telltale. Chociaż warto zauważyć, że wszystko dzieje się tutaj wolniej. Z racji rodowodu mógłbym określić, że bardziej książkowo niż filmowo.

Filary Ziemi już teraz mogę z czystym sumieniem polecić. Chociaż niezbyt lubię gry epizodyczne, to daję pełny kredyt zaufania ludziom z Daedlic. Na polu przygodówek mnie jeszcze nie zawiedli, więc mam nadzieję, że przy kolejnych dwóch epizodach nie będą mieli ku temu okazji. Dodatkowo warto wspomnieć, że grę kupujecie raz. Wydanie pudełkowe, za które w naszym kraju odpowiada Techland, zawiera w sobie season pass z wszystkimi epizodami, które odblokują się wtedy, kiedy staną się one dostępne. Tylko nachodzi pytanie: kiedy właściwie staną się dostępne? Twórcy nabierają wody w usta, głosząc enigmatycznie “już niedługo”. Mam nadzieję, że “już niedługo” producentów pokrywa się z moim “już niedługo”, bo naprawdę jestem zainteresowany dalszym ciągiem tej opowieści.

Recenzja PC

Recenzja powstała w oparciu o rozgrywkę z PC

Plusy

  • Świetna fabuła
  • Klimat dwunastowiecznej Anglii
  • Oprawa audiowizualna
  • Wszystko śledzi się z zaciekawieniem

Minusy

  • Fani klasycznych przygodówek mogą się zawieść zagadkami
  • Kiedy kolejne epizody?
9

Autor: Robert Chełstowski