Aladyn – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 5 min.
Aladyn1

Ekspansja remake’ów live-action klasycznych animacji Disneya nabiera na sile. Tylko w tym roku studio Myszki Miki zaplanowało trzy tego typu filmy, tym samym licząc na przełamanie złej passy ich aktorskich produkcji w światowych box office’ach. Na palcach jednej ręki można policzyć filmy live-action Disneya z ostatnich lat, które nie tylko zwróciłyby koszty produkcji oraz marketingu, ale i zarobiłyby konkretne pieniądze. Ta sztuka nie udała się „Dumbo”, czyli pierwszemu wprowadzonemu w tym roku do kin remake’u filmu animowanego. Obraz Tima Burtona nie miał lekko, zarówno wśród nieprzychylnych recenzentów, jak i dużej grupie rozczarowanych widzów. Zanim Disney podejdzie do najważniejszego egzaminu, czyli premiery „Króla Lwa”, studio wprowadziło aktorską wersję „Aladyna”, do którego oczekiwania były równie duże. Tym razem Walt Disney nie musi wstydzić się za swoich następców.

Aladyn (Mena Massoud) to drobny złodziejaszek Agrabahu, starający się wiązać koniec z końcem, żyjąc z tego, co uda mu się ukraść na lokalnym targu. W przestępczej działalności pomaga mu lubująca się w błyskotkach małpka Abu. Pewnego dnia, Aladyn ratuje na rynku piękną dziewczynę z rąk strażników. Nie wie jednak, że to mająca dość ciasnych pałacowych ścian księżniczka Dżasmina (Naomi Scott). Między nimi rodzi się niespodziewane uczucie. Łotrzyk z dziurawym dachem nad głową, chodzący w poszarpanych spodniach, nie ma szans u kogoś tak wysoko urodzonego. Z pomocą przychodzi mu Dżafar (Marwan Kenzari), zaufany doradca sułtana (Navid Negahban), pragnący posiąść magiczną lampę z Jaskini Cudów. Do tego zadania zatrudnia Aladyna. W jaskini chłopak uwalnia z owej lampy Dżina (Will Smith), który oferuje mu trzy życzenia. Korzystając z niepowtarzalnej okazji, Aladyn pragnie zostać księciem i poprosić sułtana o rękę córki.

Aladyn2

„Aladyn” to do bólu poprawny remake, zachowujący najważniejsze cechy oryginalnego filmu animowanego, ale stworzonego we współczesnym kluczu. Obok doskonale znanej historii, która nieznacznie została rozbudowana o parę wątków pobocznych, jak również klasycznego morału o wyższości szlachetności i dobrego serca nad bogactwem i władzą, film oferuje wizualny przepych godny wszystkich skarbów fikcyjnej arabskiej krainy, oraz mocny feministyczny wydźwięk. Odsuwając na bok przyzwoitego, dobrze prezentującego się, ale pozbawionego charyzmy Aladyna, to Dżasmina emanuje silnym charakterem. Niepozbawiona uroku oraz wdzięku księżniczka, od razu staje się mocnym puntem całego filmu, a w końcówce również twarzą ruchu emancypacyjnego, do którego odnosi się jeden z utworów w produkcji. Decyzja o poszerzeniu roli Dżasmina w całej historii, okazała się strzałem w dziesiątkę.

Wciąż jednak mamy do czynienia z niesamowicie prostą historią miłosną oraz odwieczną walkę dobra ze złem. W filmie animowanym to wystarczyło, tutaj pewne rozwiązania szybko zaczynają zgrzytać, a widz musi w wiele rzeczy uwierzyć na dobre słowo. Chociażby gorące uczucie między Aladynem i Dżasminą, którego długo nie uświadczymy. Bohaterowie co prawda rozmawiają o miłości, ale film nie potrafi przekonać, że między dwójką bohaterów rzeczywiście jest jakaś chemia. Z jednej strony dobrze, że Disney nie próbował dopisywać zupełnie nowej historii, jak miało to miejsce chociażby w „Dumbo”, ale z drugiej chciałoby się nieco bardziej wyrazistą opowieść, mocniej korzystającej z aury arabskiej magii, której w „Aladynie” wcale dużo nie ma.

Aladyn3

Największym rozczarowaniem jest wyrobnicza praca Guya Ritchiego, którego autorskiego stylu w filmie nie uświadczymy. Charakterystyczny styl reżysera idealnie pasuje do obrazu z tego typu bohaterem, ale Disney najwyraźniej obawiał się powtórki z porażki poprzedniej produkcji Brytyjczyka i zdaje się, że Ritchie musiał działać według rygorystycznych wytycznych studia. Pod „Aladynem” mógłby podpisać się każdy, bo oprócz dwóch scen ze spowolnieniem czasu, nie ma tu żadnych innych rozpoznawalnych sznytów reżysera „Sherlocka Holmesa”.

To co jednak w „Aladynie” może się podobać, to wizualna warstwa produkcji. Disney nie szczędził na efektach specjalnych, dzięki czemu zarówno stworzone komputerowo zwierzęta, na czele z Abu oraz tygrysem Rajahem, jak również wszelkie krajobrazy, wyglądają bardzo dobrze. Przyczepić można się jedynie do kiepsko doklejonej twarzy Willa Smitha do sylwetki dżina. Pochwalić za to trzeba również osoby odpowiedzialne za scenografię, dekoracje, a przede wszystkim kostiumy, które w ogromnym stopniu wpływają na odbiór filmu, tym samym uwiarygadniając baśniową krainę.

Aladyn4

Jeszcze przed debiutem pierwszego zwiastuna, ogromna fala krytyki spadła na Willa Smitha i jego interpretację Dżina. Aktor nie pozwolił sobie na przesadne szaleństwa, ale naznacza rolę swoją wrodzoną charyzmą oraz ogromnej dawce humoru. To nie ten sam Dżin znany z filmu animowanego. Ten jest jeszcze bardziej wyluzowany i zdecydowanie mniej głupkowaty, idealnie pasujący do konwencji tej wersji. Smith również swoją osobą uszlachetnia każdy numer muzyczny oraz taneczny, w którym bierze udział. Nie można też nic zarzucić Mene Massoudowi oraz Naomi Scott, którzy świetnie się spisali w tego typu scenach.

„Aladyn” oferuje porządną familijną rozrywkę. Starsze pokolenia, które same wychowywały się na klasycznym filmie animowanym, dostaną tu nostalgiczną podróż do przeszłości, tyle że w wersji aktorskiej. Młodsi widzowie mają okazję zapoznać się z tą opowieścią w nowej, zaktualizowanej i przystępnej formie, bawiącej nowymi interpretacjami starych piosenek, oraz kolorową, efektowną warstwą wizualną. Nie jest to jeszcze poziom, którego musimy oczekiwać od filmów live-action od Disneya, ale studio obrało dobry kierunku, którego powinno się od teraz trzymać.

Ocena: 6/10

Oceny wszystkich zrecenzowanych przez nas filmów możecie sprawdzić na MediaKrytyk.

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz