A Ghost Story – recenzja filmu

Radosław Krajewski | @Kr4ju | | Przeczytasz w 5 min.

W filmowym świecie duchy mają bardzo długą tradycję. Różnego rodzaju zjawy, widma i upiory gościły na ekranach niemal od zawsze. W większości przypadków ich jedyną funkcją było straszenie widza, lecz zdarzały się przypadki przyjaznych duszków jak Capser, który pomagały swoim nowym przyjaciołom w ich codziennych trudnościach. Ciężko też nie wspomnieć o jeszcze jednym typie ducha-romantyka, który niczym bohater Uwierz w ducha, powraca do swojej ukochanej, aby spędzić z nią ostatnie chwile na ziemskim padole. To właśnie do tej ostatniej kategorii nawiązuje David Lowery w filmie A Ghost Story.

Małżeństwo C (Casey Affleck) oraz M (Rooney Mara) planuje przeprowadzić się do nowego domu. Obecny jest dla nich zbyt ciasny, do tego dzieją się w nim niewyjaśnione zjawiska. M z ulgą przyjmuje przeprowadzkę, bo z domem nie łączą ją żadne emocjonalne więzi, zupełnie odwrotnie niż u C, dla którego posiadłość jest czymś więcej niż tylko miejscem zamieszkania. Ich plany zmieniają się, gdy C ginie w wypadku samochodowym. Niespodziewanie powraca do M pod postacią ducha w białym prześcieradle. Nieświadoma niczego żona próbuje ułożyć sobie życie po śmierci męża, godząc się z jego stratą.

A Ghost Story trudno jest zakwalifikować do jakiejkolwiek kategorii gatunkowej. Na pewno nie jest to horror (tudzież popularny ostatnio post-horror), bo duch jest elementem fantastycznym, nie zaś zjawą, która zagraża życiu osobom przebywającym w domu. Najbliżej temu do melancholijnego dramatu z nutką kontemplacyjnego romansu. Brzmi to skomplikowanie, ale film Davida Lowery’ego wymyka się wszelkim etykietom. Już sama minimalistyczna forma wskazuje, że będzie to arthouse pełną gębą. A Ghost Story swoją strukturą przypomina nieco ostatnie dzieła Terrence’a Malicka, gdzie film płynnie bardzo powoli, od początku do końca nie zmieniając swojego tonu oraz tempa, prezentując widzowi melancholijne i bardzo intymne ujęcia, przeplatane teledyskowymi scenami.

Lowery pomimo wyraźnych inspiracji Malickiem, nie popada w skrajny pretensjonalizm jak jego starszy kolega. Nie ma tu ani jednej sceny, ani jednego ujęcia czy kadru, które mogłyby świadczyć, że A Ghost Story popada w kicz czy manieryczność. Reżyser Wydarzyło się w Teksasie z ogromną czułością podchodzi do opowiadania bardzo prostej i przewidywalnej historii, ale przez cały okres jej trwania pełnej emocji i wzruszeń. Bo czego tu nie ma? Jest próba radzenia sobie ze stratą ukochanego, przejście przez żałobę, pogodzenie się ze stratą i ciągłym poczuciem tęsknoty. Jednak najważniejszym metakomentarzem w dziele Lowery’ego jest wizja pogodzenia się ze śmiercią oraz tym co nieuchronne, czyli przemijaniem. Według reżysera duchy jako istoty transcendentalne zupełnie inaczej postrzegają czas oraz przestrzeń, ale też niespodziewanie dosyć klasycznie jak na siebie zaznacza, że zjawy nie muszą być przywiązane z czystej miłości do jakiejś osoby, a wyłącznie emocjonalnie do szczególnego miejsca. A wszystko to opowiedziane za pomocą masy metafor i pomimo znikomej ilości dialogów.

W parze z melancholijno-kontemplacyjną historią idzie warstwa wizualna filmu. Reżyser wykreowany świat zamknął w prostokącie z zaokrąglonymi rogami, przywodzące na myśl stare fotografie. Efekt ten okazał się strzałem w dziesiątkę, bo dzięki przepięknym zdjęciom Andrew Droza Palermo, A Ghost Story ogląda się jak pokaz zdjęć, których odbiór został spotęgowany statycznymi ujęciami oraz powolnym montażem. Próbując zmierzyć się z tym filmem musicie być świadomi wielu scen, w których nie dzieje się nic (scena w kostnicy) lub niewiele (jedzenie ciasta przez M). Strona wizualna filmu pogłębia już i tak przenikający przez ekran ponury klimat pełny niepokoju i podskórnego dyskomfortu. Lowery wykorzystując ostre światło oraz prześwietlenie, dodaje poszczególnym ujęciom aurę tajemniczości, która w metaforyczny sposób ma oddzielać świat egzystencjalny od duchowego.

Rooney Mara nie raz już udowodniła, że świetnie sprawdza się w kinie eksperymentalnym i tym razem znów nie zawiodła. Jej delikatna uroda idealnie współgra z duchem granym przez Caseya Afflecka. Choć aktor przez niemal cały film zasłonięty jest białym prześcieradłem, sam jego sposób poruszania się w tym nietypowym stroju zasługuje na oklaski. Ciężko spodziewać się dla tegorocznego laureata Oscara nagród za tę rolę, to te powinny jednak spływać ze względu na minimalistyczne aktorstwo, które pomimo braku mimiki, potrafi wyrazić całą gamę emocji i uczuć.

Jest w filmie taka scena, gdzie leżąc na łóżku C i M we własnych objęciach całują się, nie z namiętnością i pożądaniem, a z czułością i miłością. Jest to najtrafniejszy komentarz do najnowszego filmu Davida Lowery’ego, który w ciasnym i przytłaczającym kwadracie zamknął swoich bohaterów w melancholijnej, kontemplacyjnej historii naszpikowanej masą metafor dotyczącej sfery sacrum i profanum.

Ocena: 8/10

Autor: Radosław Krajewski

Dyskusja

Jeszcze nie ma komentarzy. Skomentuj pierwszy!

Dodaj komentarz