Swoje już w życiu widziałem, ale pewne rzeczy wciąż mnie zaskakują i prawie wprawiają w osłupienie. Jedną z nich jest klucz, według którego ktoś wysoko postawiony w korporacjach dobiera, co ma zostać stworzone, a co pozostanie niezrealizowanym projektem. To dla mnie totalna czarna magia i raczej kwestia niepojęta, ale raczej jej nigdy nie zrozumiem podobnie jak wielu innych decyzji podejmowanych w korporacyjnych środowiskach. Efektem tego stanu rzeczy jest to, ze czasem bywam nieźle zaskoczony, czytając kolejne zapowiedzi nadchodzących gier. Tak było właśnie w przypadku Brigandine: Abyss. Czym tak mocno zaskoczył mnie ten tytuł?
Brigandine: Abyss to trzecia odsłona cyklu, który zaczął się pod koniec lat 90. na pierwszym PlayStation. Mowa o turowej grze taktycznej wpisującej się w nurt SRPG w klimacie fantasy. Nowy tytuł to dzieło ekipy z Adglobe wydany przez Nippon Ichi Software.
Wojna o tron
Akcja Brigandine: Abyss rozgrywa się w świecie fantasy, gdzie istnieją potwory i magiczne moce, a różne królestwa rywalizują ze sobą o wpływy i zagrażają sobie nawzajem. W odległej przeszłości świat został uratowany dzięki Brigandine, potężnej magicznej zbroi stworzonej przez wielkiego czarodzieja Lunadeę. To właśnie ona pozwoliła zakończyć ambicje Imperium Abyssloa, które próbowało podporządkować sobie świat. Po zwycięstwie nad imperium minęły dwa stulecia, a pamięć o dawnym konflikcie stała się częścią historii kontynentu Meltitea
Po latach wygląda jednak, że sytuacja z przeszłości i wielkie zagrożenie może się powtórzyć. Największą potęgą kontynentu staje się Królestwo Solginat. Państwo szybko rośnie w siłę, a jego ekspansywna polityka zaczyna budzić niepokój pozostałych narodów. Władcy innych królestw zaczynają obawiać się, że Solginat może wkrótce zdobyć dominację nad całym Meltiteą. Problem jest tym większy, że świat wciąż pamięta, do czego doprowadziło pojawienie się wielkiego imperium w przeszłości. Sytuacja jest napięta i konflikt wydaje się nieunikniony. Zwłaszcza w momencie, gdy dawno zapomniane niebezpieczne imperium się odradza. To prowadzi do gwałtownej eskalacji i walki pomiędzy siłami.
W kampanii mamy okazję zobaczyć przebieg tego konfliktu i jak walka o wpływy i pozycję miesza się z wielkim zagrożeniem. Jest to zrobione w ciekawy sposób, bo nie mamy tutaj jednej właściwej opowieści.Brigandine: Abyss nie opowiada jednej historii z jednym głównym bohaterem. Zamiast tego pokazuje wielki konflikt z perspektywy różnych frakcji. Każde państwo ma własne interesy, własne problemy i własny sposób patrzenia na wydarzenia. Mamy więc opowieść przedstawioną z różnych perspektyw, co sprawdza się tutaj całkiem nieźle. Jest sporo standardowych motywów fantasy, ale sam konflikt polityczny jest dosyć interesujący i wypada nieźle. Jednak muszę przyznać, że to nie fabuła jest w tej grze najważniejsza.
Kampania wojenna
Mamy do czynienia z tytułem, który zdecydowanie stawia na rozgrywkę i taktyczne pojedynki z fabułą, która jest gdzieś w tle, ale tonie w gameplayu i elementach strategicznych.Tutaj jesteśmy przede wszystkim dowódcą. Otrzymujemy własne państwo, wojska, bohaterów oraz terytoria, a następnie musimy zdecydować, w jaki sposób wykorzystać dostępne możliwości.
Podstawowy schemat rozgrywki jest bardzo charakterystyczny dla serii. Nasza działalność została podzielona na fazę organizacji oraz fazę ataku. Podczas okresu organizacji przygotowujemy armie, rozwijamy jednostki i planujemy kolejne posunięcia. To moment, w którym strategia jest bardziej ekonomiczna i organizacyjna. Musimy zastanowić się, gdzie skierować swoje zasoby, których bohaterów rozwijać i jak przygotować wojska do nadchodzących walk.
Nie można jednak spędzić całego czasu na spokojnym rozwijaniu państwa. Świat Brigandine: Abyss wymaga działania. Podczas fazy akcji podejmujemy decyzję, które sąsiednie państwa zaatakować. Zwycięstwo pozwala przejmować terytoria, zdobywać zasoby i wzmacniać własne siły. Jednocześnie każda ofensywa niesie ze sobą ryzyko. Zbyt agresywna ekspansja może doprowadzić do sytuacji, w której nasze armie będą rozciągnięte na zbyt dużym obszarze, a przeciwnicy wykorzystają nasze słabości.
To właśnie sprawia, że Brigandine: Abyss nie jest wyłącznie taktycznym RPG. Jest również grą o zarządzaniu wojną. Samo wygrywanie bitew nie wystarczy. Trzeba jeszcze doprowadzić do sytuacji, w której kolejne zwycięstwa będą możliwe. Jeżeli po każdej walce nasze oddziały będą wyczerpane, a zaplecze nieprzygotowane, nawet świetny dowódca może w końcu przegrać. Pod tym względem gra przypomina mi trochę najlepsze i najbardziej rozbudowane odsłony Dynasty Warriors Empires. Nie jest to poziom skomplikowania jakiegoś Romance of Three Kingdoms czy Europa Universalis, ale mamy nacisk na warstwę taktyczną i zarządzanie jednostkami nie tylko na samym polu bitwy.
Turowe starcia
Same bitwy odbywają się na heksagonalnych planszach i zachowują charakterystyczny dla serii system walki turowej. Każda jednostka ma swoje możliwości, pozycję oraz określone miejsce w armii. Jednym z kluczowych elementów jest eliminowanie dowódców przeciwnika. Pokonanie lidera może zmusić całą jednostkę do odwrotu, ale możemy również zdecydować się na stopniowe niszczenie poszczególnych oddziałów.
Brzmi to prosto, ale właśnie w takich szczegółach Brigandine buduje swoją głębię. Na pierwszy rzut oka widzimy kilka jednostek stojących na planszy. Dopiero po kilku godzinach zaczynamy rozumieć, jak duże znaczenie ma ustawienie ich względem siebie, kolejność wykonywania ruchów czy wykorzystanie odpowiednich umiejętności. Hexy pozwalają projektantom tworzyć sytuacje, w których pozycja jednostki ma równie duże znaczenie, jak jej statystyki.
Bestie w akcji
Ogromną rolę odgrywają oczywiście potwory. Brigandine nigdy nie było typowym RPGiem, gdzie drużynę tworzą wyłącznie humanoidalni bohaterowie, i Abyss kontynuuje tę tradycję. Jednostki mają różne umiejętności, właściwości związane z żywiołami oraz możliwości rozwoju. Seria zachowuje system obejmujący ponad 100 różnych jednostek, które możemy rozwijać i wykorzystywać w zależności od potrzeb.
To jeden z elementów, który zdecydowanie odróżnia Brigandine od wielu innych strategii. Nie chodzi tylko o to, aby zebrać największą liczbę wojowników. Trzeba stworzyć odpowiednio działającą drużynę. Jedna jednostka może świetnie sprawdzać się w ataku, ale być słaba w obronie. Inna będzie miała przydatne zdolności wspierające. Jeszcze inna może okazać się świetnym wyborem przeciwko konkretnym przeciwnikom.
Interesująco prezentuje się również rozwój potworów. Nowe rozwiązania wprowadzone w Abyss pozwalają stworzeniom ewoluować, dzięki czemu rozwój armii nie kończy się na prostym zdobywaniu kolejnych poziomów. To szczególnie ważne, ponieważ w długiej kampanii potrzebujemy poczucia, że jednostki, które prowadzimy przez kolejne bitwy, faktycznie stają się coraz bardziej wartościowe.
Mission Mode
Poza kampanią z 6 królestwami oddano w nasze ręce jeszcze dodatkowy tryb. Swego rodzaju wyzwania i specjalne misje pozwalające na więcej, trudniejszych potyczek. Liczba dostępnych państw rośnie do 24, a każda frakcja posiada własny warunek zwycięstwa. To rozwiązanie powinno zapewnić grze znacznie większą żywotność niż sama kampania fabularna. W klasycznej strategii nie chodzi przecież tylko o poznanie historii. Największą frajdę daje sprawdzanie różnych konfiguracji, testowanie innych jednostek i próbowanie kolejnych sposobów przejęcia kontroli nad mapą. To całkiem fajny dodatek, dla osób, które będą miały ochotę na jeszcze więcej gry po skończeniu kampanii.
Przedpotopowe stworzenie
Wizualnie Brigandine: Abyss wypada co najwyżej przeciętnie. Lokacje bitewne zostały przedstawione w 3D, co pozwala twórcom bardziej różnicować pola walki i otoczenie. Mamy krok w przód, ale tytuł jest daleko w tyle za obecnymi standardami i gra wygląda biednie. Jak jakiś port starszej gry z konsol przenośnych lub mocna budżetówka.
Pojawia się też pewien spory problem. Nowa oprawa artystyczna może nie każdemu przypaść do gustu. Seria przez lata wypracowała bardzo charakterystyczny wygląd, a Abyss wyraźnie odchodzi od estetyki znanej z Legend of Runersia. To nie musi być wada sama w sobie, ale zmiana jest zauważalna. Część fanów poprzednich odsłon zwracała uwagę, że preferuje styl Runersii, choć jednocześnie docenia sam kierunek nowej produkcji. Niestety efekt finalny nie jest na tyle zadowalający, żeby zmiany graficzne i w stylistyce miały w pełni sens.
Trzy grosze
Brigandine: Abyss nie jest produkcją, która próbuje przypodobać się wszystkim. To strategia dla graczy cierpliwych, lubiących systemy, eksperymentowanie i długofalowe planowanie. Sześć kampanii fabularnych, 24 frakcje w Mission Mode, rozwój baz, ponad 100 jednostek, ewolucja potworów i klasyczne bitwy na heksach tworzą naprawdę rozbudowany zestaw mechanik.
Najbardziej podoba mi się to, że twórcy nie potraktowali nowej odsłony jako zwykłej kontynuacji. Brigandine: Abyss zachowuje DNA serii, ale jednocześnie próbuje rozwinąć elementy, które mogą sprawić, że świat będzie bardziej żywy. Bazy mają większe znaczenie, potwory mogą się rozwijać, wydarzenia fabularne mają być bardziej związane z działaniami gracza, a pola bitew otrzymały pełniejszą oprawę 3D. To krok w dobrym kierunku i fajny rozwój marki, która przez wiele lat była w praktyce totalnie martwa.
Udany sequel
Ostatecznie Brigandine: Abyss jest bardzo udanym rozwinięciem formuły, która od lat pozostaje jedną z ciekawszych propozycji dla miłośników japońskich strategii turowych. Nie jest to gra, którą można polecić każdemu, bo jest tutaj trochę archaicznych elementów i gra nie jest tak przystępna, jak wiele współczesnych produkcji. Mimo to ten tytuł ma coś w sobie i bawiłem się naprawdę dobrze. Co prawda jestem trochę nietypowym przypadkiem, bo marka jest mi znana, miałem okazje sprawdzić obie poprzednie odsłony. Nie jestem jednak jakimś wielkim fanem marki i nie mam do niej jakiegoś wielkiego przywiązania. Dzięki temu mogę spokojnie napisać, że to niezły tytuł, ale trafi raczej do bardzo specyficznej grupy graczy. Nie ma w tym nic złego, bo nie wszystko musi się każdemu podobać.


