Horror ma się w ostatnich latach zaskakująco dobrze. Wychodzi sporo bardzo fajnych gier. Mniejsze produkcje zaskakują pomysłowością i serwują fajną mieszankę nowych patentów i nostalgicznych powrotów do klimatu klasyków. Nawet filmowe horrory okazują się hitami i są dobrze odbierane przez publiczność i recenzentów. Taka sytuacja sprawia, że grono miłośników straszaków ciągle się powiększa. Jednocześnie konkurencja dla horrorów robi się coraz większa i trudniej przebić się kolejnym pozycjom. Czy sequel średniego straszaka inspirowanego twórczością Lovecrafta ma szansę zaistnieć w takim klimacie? The Sinking City 2 zmienia sporo elementów względem poprzedniej gry. Jednak czy to sprawi, że gra zabłyśnie?
The Sinking City 2 to najnowsza gra ukraińskiego studia Frogwares. Twórcy znani są głównie z gier detektywistycznych i świetnego cyklu o przygodach Sherlocka Holmesa i ten tytuł to ich pierwszy poważny krok w stronę typowego survival horroru. Produkcja inspirowana twórczością H.P. Lovecrafta trafia na konsole i komputery osobiste. Ja grałem w przedpremierową wersję tytułu na PlayStation 5. Na samym wstępie można dodać jeszcze jedną rzecz, która wita nas po odpaleniu tego tytułu. Gra powstawała w trakcie wojny Ukrainy z najeżdżającą ją Rosją. Twórcy podobnie jak wiele milionów innych osób z ich kraju zostali dotknięci przez ten konflikt. Wspominam o tym, bo poza początkowym ekranem The Sinking City 2 w samej grze pojawia się moment złamania tak zwanej czwartej ściany i nawiązanie do cierpienia ludzi zaatakowanych przez wojska Putina. Wojna także pewnie miała wpływ na to, jak powstawał ten tytuł.
Składanka
Fabuła The Sinking City 2 rozgrywa się pod koniec lat 20. ubiegłego wieku w mieście Arkham, które zostało zalane przez tajemniczą powódź o nadprzyrodzonym pochodzeniu. Większość mieszkańców się ewakuowała. Nie zrobił tego jednak główny bohater Calvin. Mężczyzna przebywa w wyniszczonym mieście z powodu swojej ukochanej Faye. Para specjalizuje się w badaniu zjawisk nadprzyrodzonych i poszukiwaniu sekretów z dawno zapomnianych tomów takich jak Necronomicon. Faye zapadła w tajemniczą śpiączkę po rytuale, który para próbowała wykonać. Z kolei Calvin cierpi na amnezję i nie pamięta wielu wydarzeń. Mimo to mężczyzna wyrusza na przygodę, by wykonać inny rytuał, który może ocalić kobietę jego życia. Czy miasto pełne bestii i niebezpieczeństw może powstrzymać zakochanego człowieka gotowego na wszystko dla swojej drugiej połówki?
Historia zaprezentowana w The Sinking City 2 ma potencjał, ale jest zbyt chaotyczna, zdawkowa i w gruncie rzeczy niezbyt interesująca. To taki miks strzępków z opowiadań Lovecrafta z historią miłosną zupełnie nie w stylu tego pisarza. Całość przez pierwszą połowę t takie mini opowiastki w formie questów po drodze do naszego głównego zadania. Później jest trochę więcej fabuły i pojawia się odrobiną ciekawych elementów
Z drugiej strony ekipa Frogwares ewidentnie lubi i ma pojęcie o historiach tworzonych przez Lovecrafta i całe multiwersum przez niego stworzone. Mamy odniesienia do Krainy snów znanej z cyklu opowiadań autora, pojawiają się też stwory z konkretnych opowiadań. Obok tego jest cała masa mniejszych i większych nawiązań zaprezentowanych jako smaczki. Na przykład w radiu możemy posłuchać o pewnym doktorze, który zabrał się za nieludzkie eksperymenty i jest bohaterem opowiadania Herbert West Reanimator. Więc w grze jest sporo smaczków dla fanów Samotnika z Providence, czyli Lovecrafta.
W ogólnym rozrachunku historia przedstawiona w tym tytule jest mocno nierówna i wypada ona średnio. Do tego całość fabuły zdaje się być napisana pod twist, który nie był tego wart. Nie chcę być przesadnie krytyczny, ale osobiście zawiodłem się na tym aspekcie gry. Niestety nie jest to jedyna rzecz, gdzie nie jestem do końca zadowolony.
Mamy Resident Evil w domu
The Sinking City 2 to współczesny trzecioosobowy survival horror na wzór takich gier jak remake Resident Evil 2, Dead Space czy tytuły takie jak The Evil Within. Mamy więc grę akcji opartą na strzelaniu z ograniczonym ekwipunkiem, craftowaniem i ilością amunicji, która zazwyczaj nie jest zbyt wysoka. Tytułów tego typu jest całkiem sporo na rynku i są one dosyć popularne, o czym świadczą wyniki Resident Evil Requiem.
Tym, co wyróżnia ten tytuł od pozostałych gier, są resztki elementów dochodzenia z części pierwszej. Mamy system zagadek połączony ze zbieraniem informacji i wskazówek w różnych dokumentach. Ze strzępków informacji układamy rozwiązania różnych puzzli czy kombinacje do zamków i sejfów. Co ciekawe te elementy gry zostały praktycznie kompletnie przeniesione do opcjonalnych zadań, które nie są niezbędne do robienia postępów w fabule i na każdą z lokacji przypada taka jedna większa zagadka, która wymaga odrobiny kombinowania. Jest też trochę bardziej standardowych rzeczy w stylu szukanie kluczy, układanie wzorków czy ustawianie poziomu energii, by otworzyć jakieś drzwi.
Dodatkowo pierwsza połowa gry ma trochę bardziej otwartą strukturę i możemy pływać naszą łódką pomiędzy kilkoma mniejszymi lokacjami. Ma to niezły potencjał, ale tak naprawdę tylko jedna zagadka wymaga od nas trochę backtrackingu. W drugiej połowie gra staje się mega liniowa i jest po prostu klonem Residenta.
Survival horror nie jest złym pomysłem na grę opartą na twórczości Lovecrafta. Większość gier nazywanych lovecraftowskimi kładzie nacisk na atmosferę i nie ma w nich zbyt dużo akcji. Dlatego pójście w trochę innym kierunku ma spory potencjał, o ile jest to dobrze zrobione. Niestety tutaj to nie do końca wyszło.
Wszystkie elementy są tutaj poprawne, ale brak im dopracowania i polotu, przez co są sztampowe i daleko w tyle za najlepszymi przedstawicielami tego podgatunku gier grozy.
Gameplay
Na papierze The Sinking City 2 to spis wszystkiego, czego można oczekiwać po współczesnym survival horrorze. Niestety problemem jest to, jak wszystkie elementy zostały wdrożone w życie. Walka jest bardzo sztywna i nie sprawia frajdy. Poruszanie się postaci jest drętwe, a lokacje są wręcz przeładowane przeciwnikami. To sprawdza, że znaczna część gry nie jest straszna, ale po prostu mecząca. Pojedynki nie są emocjonujące i nie ma tutaj walki o przetrwanie. Mamy ograniczone surowce, ale wszędzie walają się surowce do craftowania amunicji i leczniczych miksturek. Problemem nie jest więc brak materiałów, ale to, że nasz ekwipunek mieści mało rzeczy i trzeba często robić sprinty pomiędzy punktem bezpieczeństwa z magiczną skrzynią, a tym, co chcemy zgarnąć. Walka sprowadza się do wycelowania w pomarańczowy element na ciele większości przeciwników i klepania uniku co jakiś czas.
Znaczna część rozgrywki to po prostu sztampowe elementy, które zostały wykonane w sposób, który pozostawia wiele do życzenia. Niestety taki jest problem wielu ekip, które po raz pierwszy biorą się za survival horror bez doświadczenia w tym gatunku.
Tym, co dla mnie ratuje rozgrywkę, są zagadki i tak zwane dochodzenia. Nie są one przesadnie skomplikowane, ale wymagają trochę główkowania i fajnie wpisują się w klimat produkcji. Mamy na przykład sekcję z gadającymi mózgami, które posiadają informację na temat odpowiedniej częstotliwości, którą musimy ustawić. Z tym, że dane, które podają mózgi, są ze sobą sprzeczne. Trzeba przeanalizować informacje i odgadnąć kto kłamie. Tego typu wyzwania fajnie pasują do klimatu horroru i Lovecrafta, bo motyw żyjących mózgów umieszczonych w słojach pojawił się w opowiadaniach tego autora. Do tego sama zagadka jest niezła i wprowadza fajną odskocznię od średniego strzelania.
Przeciwnicy
Możliwe, że największym zawodem w przypadku The Sinking City 2 są potwory, które staną na naszej drodze. Maszkary same w sobie nie są tragiczne, ale nie powalają pomysłowością. Głównym wrogiem będą tak zwane The Slither. To niekończące się robale, które wchodzą w ciała trupów i zmieniają ich w zabójcze bestie. Przez to najczęściej spotykanym przeciwnikiem jest po prostu wariacja zombie. I to raczej kiepska wersja kultowego potwora, bo mamy brzydkie ludki z wielkimi pomarańczowymi bulwami, które są słabymi punktami, w które trzeba celować. Później pojawiają się mutujące zombiaki, gdzie po odstrzelaniu im głowy nagle mogą nas atakować dziwnymi lotkami wystrzeliwanymi z szyi.
Wokół The Slither i tych zombiakopoodbnych stworków kreci się jeszcze jeden ciekawy patent. Po zabiciu potwora z jego ciała wyłażą robale, które szukają nowej ofiary do wskrzeszenia. W założeniu to ciekawy patent na to, że przeciwnik staje się zagrożeniem nawet po jego uśmierceniu i trzeba szybko zdeptać robale. W praktyce dużo z tego elementu jest mega oskryptowane i deptanie nic nie da, bo dane trupy się przebudzą czy nam się to podoba, czy nie. Szkoda, bo wokół tego można by stworzyć naprawdę fajny motyw survivalowy w stylu wykorzystywania jakiegoś surowca, by powstrzymać przemiany trupiaków. Podobny patent całkiem dobrze sprawdzał się w innych survival horrorach. Tutaj niestety tego nie uświadczymy.
Poza inna wersja zombiaków mamy jeszcze tak zwane Stygian. Są to takie stworki w stylu mieszanki pająka i psa, które na nas skaczą, uciekają i starają się ponownie zaatakować z zaskoczenia. Mają całkiem fajny design, bo to tak zmutowane zwłoki ludzi, ze przypominają jakieś okropne robale. Są one mega frustrujące przez to, jak szybko się poruszają i jak trudno manewrować na większości map.
Mamy też jeszcze wielkich brzydali plujących jakiś toksycznym gazem, znikające błotne stworki i coś bardziej z opowiadań Lovecrafta. W ogólnym rozrachunku jest raczej średnio, bo nie ma zbyt wielu typów przeciwników i walka z nimi nie jest interesująca, a bardziej frustrująca przez to, jak wszystko zostało zaprojektowane. Dla mnie od walki bardziej opłacalne było bieganie i unikanie ataków stworków. Działa to przez większość gry poza kilkoma sekcjami z przymusową walką z falami potworów.
Klimatyczne lokacje
Jedną z rzeczy, które w The Sinking City 2 wychodzą bardzo dobrze, są lokacje. Mamy podtopione miasto, opuszczony hotel, szpital, który był punktem ewakuacji i wyprawiano w nim jakieś dziwne eksperymenty, cmentarz czy targ rybny. Wizualnie prezentują się one bardzo dobrze i mamy ponury klimat wyniszczonych miejsc, gdzie żaden normalny człowiek by się nie wybrał. To fajnie buduje motyw tego, że Calvin zrobi wszystko dla swojej ukochanej i nic nie jest mu straszne. Przemierzanie lokacji ma super atmosferę i cześć z nich na pewno zapada w pamięć. Rwąca woda i deszcz podczas odwiedzin targu to istna poezja. Podobnie jest z pływaniem łódką przez fragmenty miasta i natrafienie na zdechłego wieloryba. Jest tutaj moc.
Do tego wszystko wygląda bardzo dobrze i śmiga na PlayStation 5. Nie mam tutaj prawie nic do zarzucenia poza pewnymi problemami technicznymi. Natknąłem się co prawda na trochę bugów i glitchy w tym takie, które wymuszały wczytanie wcześniejszych zapisów. Nie trafiło się nic krytycznego i część z moich problemów może zostać załatana do momentu premiery The Sinking City 2.
Muza
Jeśli chodzi o sferę audio, to jest ona ok. Mamy trochę retro stylu świata sprzed 100 lat. Głosy postaci są dobrze dobrane a dźwięki jakie wydaja z siebie brzydale, wypadają dobrze. Nie mam tutaj do czego się czepiać. Warto jeszcze dać znać, że gra będzie miała polską wersję z napisami.
Mało Lovecrafta
Największym problemem z grami na bazie lub zainspirowanymi twórczością H.P. Lovecrafta jest to ile rzeczywiście mają wspólnego z tym co tworzył Samotnik z Providence. Rzucenie, że gra jest jakoś powiązana z jednym z najwybitniejszych pisarzy grozy ma taki sens jak nazwanie większości indyków roguelite. Pojęcie praktycznie kompletnie straciło na znaczeniu i zostało rozcieńczone na maksa. Po części jest to efekt tego, że jest niezliczona ilość produkcji przynajmniej w teorii czerpiących z Lovecrafta. Po drugie gry zazwyczaj stawiają na bardzo powierzchowne nawiązania i już przyjęło się, żeby używać tego terminu przy obecności kultów, rybich maszkar i aluzji do kosmicznego horroru. W rzeczywistości liczba produkcji, które rzeczywiście łapią esencję twórczości dwudziestowiecznego pisarza, jest bardzo skromna.
The Sinking City 2 zalicza się do tych tytułów średnio lovecraftowskich. Mamy sporo nawiązań do literatury i bytów znanych z opowiadań i książek autora. Całość jednak kompletnie nie ma klimatu jego twórczości i nie oddaje zbytnio tego, o czym pisał Samotnik z Providence. To bardziej taki remix rzeczy, które pojawiają się w historiach grozy ze szczyptą Lovecrafta do smaku. Nie ma w tym nic złego, ale warto mieć to na uwadze. Zwłaszcza, że pierwsza część The Sinking City bardziej wpisywała się w atmosferę z opowiadań.
Tutaj mamy do czynienia z czymś, co po minimalnej obróbce mogłoby być straszakiem bez jakichkolwiek nawiązań do ojca współczesnej grozy. Jestem tym trochę zawiedziony. Bo liczyłem na więcej. Zwłaszcza, że pewne poboczne, opcjonalne aktywności mają elementy tego, po co sięgam po twórczość Lovecrafta.
Trzy grosze
The Sinking City 2 trochę przypomina mi zeszłoroczne Cronos: the New Dawn albo Alone in the Dark z 2024 roku. Mamy niezły straszak z fajnym klimatem, ale słabym strzelaniem i rozgrywką, która nie do końca się sprawdza. W przypadku recenzowanego tym razem tytułu najbardziej interesujące są zagadki i elementy dochodzenia, które zostały sprowadzone do roli dodatku zaliczanego tylko dla pucharków i jakichś dodatkowych materiałów. Nacisk na walkę i strzelanie nie wychodzi grze na dobre, bo to najsłabszy element całkiem solidnej produkcji. Grając w ten tytuł miałem takie wrażenie, katowania w nową wersję straszaka zainspirowanego przez sukces Resident Evil 4 i próbę połączenia survival horroru z grą akcji. Niestety w tym obszarze konkurencja jest dosyć mocna i The Sinking City 2 odstaje od najfajniejszych produkcji. Do tego tytuł został opiłowany ze wszystkich elementów, które czyniły część pierwszą ciekawym i unikatowym horrorem. Ja jestem trochę zawiedziony, bo jednak oczekiwałem od tego tytułu czegoś innego. Osobiście wolę ambitne projekty, które może nie zawsze wypalą do końca, ale oferują coś interesującego od średniej kopii znacznie lepszych gier.
Topielec
The Sinking City 2 to niezła produkcja. Taki średniaczek, w który lubię popykać jako fan grozy. Jednak grając w ten tytuł, miałem wrażenie, że Frogwares idzie w złym kierunku. Najmocniejsze strony studia to budowanie światów i zagadki. Te elementy sprawiły, że ich wcześniejsze gry zyskały grono wiernych fanów. Tutaj zostają one oddelegowane na dalszy plan, by zaserwować bardziej klasyczny, liniowy horror akcji. Niestety studio nie ma doświadczenia i umiejętności, żeby dostarczyć rozgrywkę, która może uciągnąć to założenie. Przez to pozostaję z pytaniem, co by było, gdyby? Gdyby zdecydowano się na mniej akcji i potworów wyskakujących z każdego zakamarka? Gdyby było więcej zagadek, interakcji z postaciami i zabawy w dochodzenie? Moim zdaniem efektem końcowym byłaby znacznie ciekawsza gra. Nie jest jednak tak, że The Sinking City 2 to jakiś crap i totalne dno. Wyszła niezła gra, ale zapomnę o niej równie szybko co o takim Alone in the Dark z 2024 roku. Niestety średnie klony Resident Evil nie są czymś, co potrafi zagościć w mojej pamięci na dłużej. Naprawdę szkoda, bo wydaje mi się, że budowa na najlepszych elementach części pierwszej przyniosłaby studiu znacznie lepszy efekt. Zamiast tego mamy coś bardziej sztampowego i kolejnego naśladowcę Resident Evil. Może to rzeczywiście klucz do sukcesu i gra stanie się hitem?





