EA Sports UFC 6 wchodzi do cyfrowego oktagonu w niewdzięcznym momencie – trwa mundial, więc siłą rzeczy, bliżej większości fanom sportów do tego, żeby posiedzieć przed telewizorem z wyłączoną konsolą, a włączonym dekoderem i meczem na ekranie. Jednak z drugiej strony – seria nie jest corocznym tasiemcem, kolejne odsłony ukazywały się co dwa lata, a od premiery czwórki – co trzy, więc każda nowa część ma prawo budzić większe oczekiwania niż standardowa aktualizacja składów. Dlatego powinno znaleźć się wielu chętnych na sprawdzenie tego, co tym razem przygotowało EA Sports. Po kilkunastu godzinach spędzonych z UFC 6 stwierdzam, że mamy do czynienia z najbardziej kompletnym wydaniem z całej serii, pewnie nawet najlepszą grą o MMA od czasu UFC Undisputed 3. Nie znaczy to jednak, że będzie to sportowa gra roku. Zapraszam do recenzji.
UFC 6 zwiastun
Autorzy obiecywali poprawę w zakresie walki i wypadałoby ich z tego rozliczyć w pierwszej kolejności. Najważniejsze jest to, że samo bicie się w UFC 6 daje ogromną satysfakcję i nie można się za wiele do niego przyczepić. Najlepiej wypada stójka. To tutaj UFC 6 robi największy krok naprzód. Jak dla mnie, to ciosy są szybsze, kontry bardziej satysfakcjonujące, a defensywa wreszcie ma znaczenie większe niż tylko trzymanie gardy w odpowiednim momencie. Gra wyraźnie karze bezmyślne wciskanie przycisków. Można oczywiście rzucić się na rywala z serią sierpów, ale jeśli trafimy na kogoś cierpliwego, skończy się to stratą kondycji, kontrą i być może szybkim pójściem na deski. UFC 6 najlepiej smakuje wtedy, gdy zaczynamy grać spokojniej: skracać dystans, prowokować reakcję, cofać się po wymianie i czekać na moment, w którym przeciwnik odsłoni szczękę.
Niestety, nie wszystkie elementy walki doczekały się równie dużego odświeżenia. Grappling nadal odstaje od stójki. Przede wszystkim niektórzy zawodnicy, którzy dobrze czują się w parterze, zbyt często próbują nas do niego sprowadzić. Potrafi to być zdecydowanie frustrujące, zwłaszcza, że gdy im się to nie udaje za kolejnymi razami, nie czuję, żeby np. spadła im stamina. Ogólnie parter nie jest fatalny, bo przejścia, kontrola pozycji i walka o dominację na macie potrafią być angażujące, szczególnie na wyższych poziomach trudności. Problem w tym, że parter wciąż bywa zbyt mechaniczny. Zamiast organicznej szarpaniny dwóch zmęczonych ludzi często dostajemy system, który bardziej przypomina rozwiązywanie interfejsowej łamigłówki. I to problem od lat, na który EA Sports chyba nie ma za bardzo pomysłu. Podobnie nierówno działa ground and pound. Kiedy wszystko zagra, finał walki wygląda świetnie: zawodnik dociska rywala, zasypuje go ciosami, sędzia obserwuje sytuację i w końcu przerywa pojedynek. To potrafi być satysfakcjonujące, ale zdecydowanie częściej nie wygląda to zbyt naturalnie i zbyt wolno dochodzi do zakończenia.

Najbardziej kontrowersyjnym elementem UFC 6 jest dodanie do gry tzw. stanu Flow. Pomysł jest zrozumiały: gra chce nagradzać walkę zgodną ze stylem danego zawodnika. Atakujący ma być premiowany za skuteczne kombinacje i presję, grappler za obalenia oraz kontrolę, a bardziej wszechstronni fighterzy za mieszanie płaszczyzn. Na papierze brzmi to rozsądnie, bo zachęca do korzystania z mocnych stron postaci, a nie do grania każdym zawodnikiem w identyczny sposób. W praktyce stan Flow może być problematyczny i zbyt znaczący – odwraca przebieg walki zbyt gwałtownie albo daje wrażenie chwilowego „super trybu”. W grze sportowej, która chce uchodzić za realistyczną, taki system łatwo wybija z immersji. Jedni gracze potraktują go jako ciekawy sposób na podbicie tempa i różnic między zawodnikami, ale inni zobaczą w nim niepotrzebny ukłon w stronę arcade i ja jestem bliżej tej drugiej grupy. Nie obyło się jednak też bez typowych dla serii dziwactw. Od czasu do czasu animacja potrafi się nienaturalnie zgiąć, ciało zawodnika reaguje przesadnie, a walka przez chwilę wygląda bardziej komicznie niż dramatycznie. Takie momenty nie zdarzają się nagminnie, ale potrafią wybić z rytmu. Im bardziej realistyczna jest cała prezentacja, tym bardziej rzucają się w oczy drobne błędy fizyki czy kontaktu. Zdarzały się też bugi, w której jeden z moich zawodników po zadanym kopnięciu odwracał się cały czas pod kątem do przeciwnika.
Dużo lepiej wypada oprawa. To najładniejsza odsłona serii i jedna z najlepszych obecnie wizualnie gier sportowych obecnej generacji. Modele zawodników są szczegółowe, obrażenia wyglądają sugestywnie, a oświetlenie aren świetnie buduje klimat wielkiej gali. Kiedy kamera pokazuje zmęczoną twarz fightera, rozcięty łuk brwiowy, ślady po low kickach i krople krwi na macie, łatwo uwierzyć, że oglądamy brutalny sport kontaktowy, a nie tylko grę. Powtórki nokautów bywają znakomite i czasem aż szkoda je przewijać. Do tego cieszy mnie dodanie do UFC 6 bardzo fajnych kawałków – soundtrack jest dla mnie najlepszy od czasu początków serii i „X Gon’ Give It to Ya” czy „Self Esteem” pasują mi tu świetnie.

Największym pozytywnym zaskoczeniem są tryby dla jednego gracza. UFC 6 ma znacznie więcej do zaoferowania osobom, które chcą grać solo. Tryb fabularny The Legacy pełni rolę filmowego wprowadzenia do świata gry. Nie jest to historia szczególnie odkrywcza, bo opowieść o młodym zawodniku walczącym z presją, rodzinnym cieniem i sportową rywalizacją brzmi sztampowo. Mimo to działa, bo nadaje pierwszym godzinom wyraźny kierunek. Zamiast od razu skakać między treningami i walkami, dostajemy prostą, ale angażującą narrację. Szkoda tylko, że opowieść nie utrzymuje tempa przez cały czas. To trochę zmarnowana okazja, bo UFC jako sport aż prosi się o dramaty: kontuzje, konflikty medialne, nieudane ścinanie wagi, prowokacje, rewanże i presję mistrzowskich obron. Gra tylko zahacza o te tematy, ale nie zawsze wykorzystuje ich pełny potencjał. Widziałbym nawet możliwość rozgrywki takiego trybu fabularnego prawdziwym zawodnikiem i możliwość realizacji z 10 najważniejszych walk z jego wybitnej kariery – oczywiście tam gdzie są porażki, widziałbym szansę na alternatywne zakończenie. Choć jest tryb, który trochę daje taki vibe – właśnie poświęcony legendom. Materiały, historyczne konteksty i odtwarzanie ważnych momentów z karier znanych zawodników mają sporo uroku, szczególnie dla fanów UFC. Jednocześnie czuć niedosyt. Historia organizacji jest tak bogata, że trzy centralne postacie i kilka wybranych scen to za mało, by mówić o pełnoprawnym muzeum MMA. To bardziej obiecujący szkic niż tryb, który wyczerpuje temat. Widziałbym to szerzej – może właśnie z przeplataniem mechanik z prawdziwego trybu kariery.
Właściwa kariera to raczej standard i tylko kosmetyczne zmiany względem tego, co dostawaliśmy we wcześniejszych odsłonach. Obozy treningowe jak zawsze mają sens, bo wzmacniają zawodnika i pozwalają przygotować się pod konkretnego rywala, jednocześnie po kilku walkach zaczynają się powtarzać i ponownie jesteśmy tym szybko znużeni, tak jak w czwórce, czy piątce. Treningi początkowo pomagają wejść w mechanikę, lecz z czasem potrafią przypominać obowiązkowy przystanek przed właściwą zabawą. To realistyczne, ale widziałbym w kolejnej odsłonie jakiś twist, coś nowego, coś czego już nie znam i nie zrobiłem 100 razy w ciągu kolejnych odsłon. The Gym również ma potencjał. Budowanie i rozwijanie własnej drużyny fighterów daje grze dodatkową warstwę długoterminowej progresji. Nie każdemu spodoba się ten kierunek, bo momentami system przypomina kolekcjonersko-usługowe rozwiązania znane z innych gier sportowych. Z drugiej strony, dla graczy szukających czegoś więcej niż pojedynczej kariery, to miła odmiana. Ważne, że UFC 6 nie sprawia wrażenia produkcji stworzonej wyłącznie dla rankingowych wymiataczy online. Mnie, gracza singlowego, bardzo to cieszy.

Ostatecznie UFC 6 to gra bardzo dobra, ale nie tak równa, jak mogłaby być. Jej najlepsze momenty są znakomite: stójka ma tempo i ciężar, oprawa robi wrażenie, tryby offline wreszcie mają sens, a kariera potrafi wciągnąć na dłużej. Jednocześnie grappling nadal prosi się o głębszą przebudowę, stan Flow dzieli bardziej, niż powinno, a tryb legend i fabularny nie są dopieszczone tak jak powinny. Czy warto? Dla fanów MMA zdecydowanie tak, zwłaszcza jeśli poprzednia część zostawiła niedosyt. To największy krok naprzód od lat i odsłona, która wreszcie daje powody, by wrócić do oktagonu nie tylko dla kilku walk online.


