Project Remedium

Ocenił dnia


Project Remedium – recenzja

Jeśli poznać chcesz tajemnicę, co w głębinach mogą się kryć, odkryj z nami życie – życie wciąż uczy nas. Wiem, że trudno to oddać w formie pisanej, ale jeśli ktoś jeszcze nie domyślił się, z czego pochodzi powyższy cytat, to już spieszę z odpowiedzą. Myślę, że większość osób przynajmniej kojarzy taką jedną francuską kreskówkę, o jakże wymownym tytule Było sobie życie. Słowa z początku są fragmentem czołówki tego serialu i zapowiadają jego zawartość. Ta bajka pokazywała najmłodszym, że biologia wcale nie musi być nudna. Ciekawi mnie, czy ten prawie trzydziestoletni serial animowany dalej jest gościem na szkolnych zajęciach. A może formuła się już zestarzała i pora poszukać nowej formy rozrywki, która będzie uczyła poprzez zabawę?

Na przykład gry video. Dorośli grają, dzieci grają, nastolatkowie graj, więc właściwie… czemu nie? Wydawałoby się, że branża elektronicznej rozgrywki jest idealnym podłożem do zastosowania zasady “bawiąc uczy, ucząc bawi”, ale sam nie przypominam sobie zbyt wielu gier, które oprócz bycia dobrymi produkcjami miały dodatkowo czynnik przekazujący jakąś wiedzę młodszym graczom. Dobra, był Rayman uczący matematyki, ale tytuł ten wyszedł ponad dwadzieścia lat temu. A dzisiaj? Albo mam zaniki pamięci, albo rzeczywiście nie wyszło nic. Twórcy z polskiego studia Atomic Jelly zapowiedzieli jakiś czas temu Project Remedium – grę, która będzie osadzona w ludzkim organizmie. Odpaliła mi się lampa w głowie, że to może być to – tytuł nastawiony na rozrywkę, który jednak podprogowo będzie przekazywać przydatne informacje. A przede wszystkim zaskoczy i zadowoli graczy miejscem akcji.

Twórcy nie bawią się w długie wprowadzenie i nie starają się, by zbudować graczowi grunt pod nogami do łatwego odbioru fabuły, a po prostu walą z grubej rury i dają na początek kilka obrazków, które mają nam streścić zalążek fabuły. Jesteśmy nanobotem, który został wpuszczony do krwiobiegu małej dziewczynki, by pomóc zwalczyć jej chorobę od środka. Już na początku widzimy, że podejście do wszystkiego jest nieco… cyberpunkowe. Dziewczynka ląduje w laboratorium i zostaje umieszczona w wielkiej tubie napełnionej dziwnym płynem. Po co? Żeby było bardziej kozacko, a gracz przygotował się na przygodę niczym w Było sobie życie. Tylko tym razem na wielkim wypasie.

Jeszcze tego nie powiedziałem, ale gra jest pierwszoosobową strzelanką. Muszę to przyznać, ale pomysł na Project Remedium naprawdę mi się spodobał. Z tego też powodu, jeszcze przed zagraniem miałem całkiem spore oczekiwania. Może nie były one największe, ale nie bezpodstawne, bo przecież inne rodzime studia udowodniły nam, że Polacy shootery jak najbardziej potrafią robić, prawda? No dobra, to koniec ukrywania. Nadszedł moment na odsłonięcie wszystkich kart. Potrafią, ale jak widać nie wszyscy. Project Remedium nie jest dobrą grą.

Mam takie wrażenie, że autorzy naprawdę chcieli stworzyć coś fajnego. Ba, pewnie nawet postanowili zainwestować w jakiś poradnik, który pokieruje ich przez cały proces produkcyjny współczesnego shootera. Tylko nieszczęśliwie posłali do księgarni stażystę. By jeszcze dodać naszej historii trochę pikanterii, dodam, iż owy praktykant miał wadę wzroku. I jak można sobie wyobrazić, niestety w sklepie się pomylił. Cały czas był przekonany o tym, że wkłada do koszyka książkę pod tytułem “Jak robić dobrego FPSa?”. Niestety nie zauważył, że pomiędzy słowami: jak i robić, stoi partykuła nie. Oczywiście historia jest w pełni zmyślona. Jednak nie znaczy, że nie ma w niej ziarnka prawdy. Project Remedium posiada bowiem absolutnie każde typowe elementy średniej gry z otwartym światem. Wsadzono tu wszystko to, co nikogo już od dawna nie bawi.

Zacznijmy może od tego całego pomysłu na otwarte mapy i namiastkę sandboxa… Kto na to właściwie wpadł? Jeśli mamy ograniczone środki, to robimy liniowego shootera, który mimo wszystko wciągnie odbiorcę bardziej od klona Borderlands klasy C. A jeśli nawet uparliśmy się przy tym open worldzie, to staramy się zrobić wszystko, by ukryć powtarzalność rozgrywki. W Project Remedium prawie każde zadanie wygląda tak samo. I myślę, że twórcy bardzo dobrze o tym wiedzieli, ale z jakiegoś powodu w ogóle temu nie przeciwdziałali. Nie da się nie zauważyć tego, że wszystko, co robimy w tym tytule, to wałkowanie w kółko jednego schematu. Pogadaj ze zleceniodawcą, a ten powie ci, byś poszedł do kilku oddalonych od siebie punktów. Och nie, w każdym punkcie są wrogowie! No kto by się spodziewał? Wystrzelaj bakterie i wróć do postaci zlecającej zadanie. Koniec. Weź następnego questa, który prawdopodobnie polega na tym samym. Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć zadania, które jakoś się wybijały i były w minimalnym stopniu ciekawe.

I na tą ciekawość przekłada się również historia. Powtarzalne zadania mają znikomą wartość narracyjną. Ot, pobiegaj sobie graczu po mapie. Może i bym nie miał co do tego zastrzeżeń, ale na stronie produktu na Steam widnieje takie stwierdzenie: Project Remedium is a story-driven action shooter. Od produkcji, która reklamuje się tym, że jest napędzana historią, oczekiwałbym czegoś więcej. Przyznam, jakaś opowieść tu jest, ale ani ona nie angażuje odbiorcy, ani nie jest ciekawie poprowadzona. Dopiero pod koniec natrafiamy na minimalne twisty, ale przez większość gry fabuła służy za pretekst do wykonywania kolejnych fetch questów.

Zabijaniu nudy nie sprzyja również samo strzelanie. Wydawałoby się, że dobry system wymiany ognia powinien być obowiązkiem w grze FPS, prawda? Autorzy Project Remedium wychodzą chyba z innego założenia. Nie zrozumcie mnie źle, ono nie jest skopane. Jednocześnie nie stara się być elementem napędowym całego tytułu. Każda potyczka wygląda tak samo, liczba modeli wrogów jest bardzo ograniczona i szybko przekonujemy się o tym, że stale strzelamy do tych samych oponentów. Sami przeciwnicy czasem potrafią się zaciąć i robić dziwne rzeczy, ale to tylko szczegół. Największym problemem było według mnie to, że mamy tu tylko dwie bronie. Dwie bronie na całą grę! Dobra, możemy zmieniać ich tryby strzelania, ale to dalej te same pukawki. A wiecie, co jest najgorsze? Przez większość rozgrywki będziemy strzelać tylko z jednej – leczącej. Ta druga powoduje spadek kondycji organu, w którym się znajdujemy, przez co szybko ograniczymy jej użycie…

Jednak może zrobię sobie przerwę od narzekania, bo jeszcze czytelnik pomyśli, że jestem malkontentem, który tylko potrafi krytykować. W Project Remedium wbrew pozorom są też dobre elementy. Zostając przy kwestii uzbrojenia z poprzedniego akapitu, nie mogę przemilczeć jednego gadżetu, który udostępnili nam autorzy w celu umilenia rozgrywki. Chodzi o… linkę z hakiem. Niby nic wielkiego, a taka jedna drobnostka całkowicie potrafi zmienić system poruszania się po mapie. Od kiedy gra powiedziała mi o istnieniu tego elementu, ograniczyłem do minimum chodzenie na piechotę. Linka jest po prostu świetna! Powtórzę, że to nie jest jakaś wielka rzecz, ale daje mnóstwo frajdy. Nie oczekujcie oczywiście poziomu linki z Just Cause, ale dzięki niej mogłem poczuć się jak Spider-Man, który wylądował w czyimś żołądku.

A jeśli mowa o organach, to jestem pod wrażeniem. Nie ma chyba drugiej takiej gry, której miejsce akcji jest umiejscowione w przynajmniej podobnym środowisku. Grafika może nie jest najlepsza, ale przyjęty styl sprawia, że całość prezentuje się ślicznie. Przemierzenie organów to zdecydowanie najlepszy element Project Remedium. Dla przykładu w sercu nad naszą głową latają krwinki, gdzieś na ścianach pulsują naczynia krwionośne, a mięśnie na podłożu robią skurcze. Wraz z muzyką robi to genialny klimat, naprawdę. Niestety będę brutalny, bo jednocześnie wszystko jest trochę nieprzemyślane. I to z powodu kontekstu fabularnego.

Dziewczynko! W twoim ciele zamieszkała niezwykle inteligentna rasa bakterii, która stawia tam konstrukcje z betonu i stali! Ba, mają tam nawet lampy i neony. Nanomaszyny wpuszczone do twojego krwioobiegu postanowiły olać wszystko i założyć w twojej wątrobie kopalnię. W nerkach zrobili sobie nawet coś na wzór sekty! Czemu? Nie wiem, ale wydawało mi się, że nanoboty są programowane w konkretnym celu i nie mogą tak po prostu nie wykonać rozkazu. “A co mi tam, niech pacjent umiera! Ja sobie zrobię wakacje nad zbiornikiem kwasu żołądkowego. Halino, przyturlaj niestrawioną pigułkę, zrobimy sobie parawan, coby inne roboty nas nie podglądały”. Wprawdzie na pierwszy rzut wygląda to fajnie, ale po głębszym zastanowieniu się dochodzimy do wniosku, że świat jest mało spójny. Być może to tylko taka konwencja twórców, która mi niezbyt przypadła do gustu.

No i Project Remedium ma mnóstwo błędów. Mam wrażenie, że tytuł ten definitywnie zbyt szybko opuścił fazę beta testów. Zaczyna się od drobnostek, takich jak konieczność zmiany języka na ojczysty za każdym razem, gdy uruchamiamy grę lub ponownego ustawiania trybu strzelania przy przejściu do innej lokacji. Później natrafiamy na średnie problemy pokroju braku niektórych dialogów i zastąpienia ich Lorem ipsum lub źle odgrywających się głosów, czy przenikania postaci przez tekstury. Na sam koniec trafiają zadania, które mogą się źle wczytać i musimy zaczynać je od nowa, a nawet kwiatki w stylu tych: (klik), (klik).

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie powiedziałem jeszcze o wszystkim. Jest tu system rozwoju postaci i craftingu, ale oprócz tego, że oba elementy są co najwyżej średnie, nie mam nic więcej do dodania na ich temat. A czy jest tu to, czego oczekiwałem? Jakaś warstwa edukacyjna? Tak, warto wspomnieć, że w świecie gry pokrywane są przyrodnicze quizy, które premiują nas za poprawną odpowiedź. W fabule są również przemycone informacje na temat tego, jakich enzymów potrzebuje organizm do działania. Jeśli by to była gra stricte nastawiona na edukację, to bym narzekał. Ale jako dodatek do rozgrywki? Dobry ruch! Chociaż przyznam, że quizy mało się wyróżniają i bardzo łatwo je przeoczyć.

Miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze. Project Remedium to pacjent, którego nie udało się uratować. Jeśli miałbym podsumowywać takie elementy składowe, jak fabułę lub rozgrywkę, to wyszłaby niestety gra słaba. Tytuł ponad przeciętność wybija się jednak ciekawym miejscem akcji i wynikającą z tego stylistyką. Lokacje to chyba jedyny element, który może przykuć odbiorców do gry od studia Atomic Jelly. Od siebie mogę dodać tylko tyle, że wprawdzie nie polecam tego tytułu, ale równocześnie go nie odradzam. Przy końcówce pisania recenzji zobaczyłem z ciekawości, jak podchodzą do niego inni gracze i widzę, że sporo osób na Steamie reaguje na Project Remedium w pozytywny sposób. Cóż, co kto lubi. Nie zmienia to jednak tego, że tytuł ten niestety dla mnie dalej pozostaje jedynie produkcją średnią. Mimo tego myślę, że warto zainteresować się przyszłością tych twórców, bo pokazali, że umieją zaprojektować ciekawy pod względem wizualnym świat.

Plusy

  • Umiejscowienie akcji w ciele człowieka
  • Oprawa wizualna
  • Linka!
  • Dodatki edukacyjne

Minusy

  • Wtórność rozgrywki
  • Systemowi strzelania daleko do wybitnego
  • Mnóstwo większych i mniejszych błędów
  • Zmarnowany potencjał
5.5

Autor: Robert Chełstowski

  • manicki

    Zobaczyłem na tweecie ten artykuł i az musiałem skomentowac. Przeciez grasz na starej wersji gdzie tych błędów juz nie ma, zero przygotowania. Wiem bo sam kupiłem ze znizka i jestem bardzo zadowolony bo atomiki reagują na kazdy blad (osobiscie mi na fejsie odpowiedzieli) i od razu naprawiaja, pewnie gra nie jest nie wiadomo jaka ale gra sie super i glupota jest porownywanie gry indie robionej w kilka osób do aaa (tych ostatnich nie lubie;) bo to przeciez inne kategorie, ale jak widac niektorzy tak maja ;P Ludzie nie słuchajcie tego co tu napisane bo to jakis frustrat pisał

    • Robert Chełstowski

      Recenzja była pisana w oparciu o najnowszą wersję dostępną w danym momencie. A ja dodam tyle, że polecam jeszcze raz przeczytać ostatni akapit.