Mass Effect: Andromeda

Ocenił dnia


Mass Effect: Andromeda – recenzja

Pisanie recenzji Mass Effect: Andromeda tydzień po premierze to nie lada wyzwanie, bo w zasadzie wszystko już zostało powiedziane przed premierą. Animacje twarzy są drętwe, grafika przeciętna, dialogi sztuczne a fabuła infantylna. Po części zgadzam się z tymi zarzutami, ale dodam jeszcze od siebie, że czwarta odsłona serii Mass Effect to przede wszystkim świetna gra.

Niestety hejt działa podobnie jak hype. Nakręca się samoistnie, żerując na naiwności i głupocie, których siedliskiem są media społecznościowe. Wszyscy się śmieją, to i ja się pośmieję, wszyscy się zachwycają, no to musi być świetne. Andromeda to produkcja, która odstaje w kilku elementach od dzisiejszych standardów, ale żaden z nich nie jest kluczowy dla oceny jakości gry. Wiem, rozpocząłem tę recenzję dość nietypowo, ale produkcja BioWare to tytuł, który należy bronić przed ignorancją, gdyż w tej generacji nie otrzymaliśmy wiele ciekawszych produkcji.

Pierwsze trzy części Mass Effect zadebiutowały pierwotnie na sprzętach siódmej generacji i cieszyły się olbrzymią popularnością. Seria ma fanów na całym świecie, tak więc oczekiwania wobec czwartej odsłony były olbrzymie. Zastąpienie komandora Sheparda ciekawym bohaterem, to jedno z wyzwań, przed którym stali twórcy. Czy im się to udało? I tak, i nie. W Andromedzie podobnie jak w poprzednich częściach możemy wybrać czy chcemy grać postacią żeńską czy męską, tylko że tym razem są to dwie różne osoby. Otóż do wyboru mamy jedno z rodzeństwa, którego ojciec jest Pionierem dowodzącym osiedleńczej wyprawy do odległej galaktyki Andromeda, a dokładniej do gromady Helejosa. I tak się w zasadzie zaczyna nasza historia, budzimy się z 600 letniego snu i wyruszamy szukać nowego domu dla pięciu ras z Drogi Mlecznej. Jedno z rodzeństwa nie może wyjść z kriostazy, jak się nie trudno domyślić, nie będzie to nasz bohater.

Habitat 7 to główny kandydat do osiedlenia. Jednak planeta nawet z przestrzeni kosmicznej nie wyglądała zbyt zachęcająco. Po wylądowaniu na jej powierzchni okazuje się, że jest niezbyt przyjazna geologicznie, odstrasza toksyczną atmosferą i zamieszkują ją wrogo nastawieni Kettowie. Co gorsza, z powodu przykrego dla protagonisty zdarzenia, akcja powodzenia misji Inicjatywy Andromeda, spada na jego barki. Szanse na sukces wciąż są jeszcze spore. Otóż okazuje się, że na planetach poukrywane są podziemne krypty, w których można uruchomić system oczyszczający atmosferę. Kto stworzył te ustrojstwo i dla kogo – jest to dla nas tajemnicą.

Nasza arka dociera w końcu do Nexusa – wielkiej stacji kosmicznej, której budowa miała zostać zakończona rok wcześniej. Sytuacja, którą zastajemy, to jednak istny cyrk na kółkach. Nie dość, że osoby zarządzające stacją nie potrafią się ze sobą dogadać, to jej załoga została spustoszona przez tajemniczą plagę i sabotażystów. Tak więc naszym zadaniem jest nie tylko poszukać nowego domu dla 100 tysięcznej załogi, ale również ogarnąć cały personalny bajzel. Nie jest to łatwe, ponieważ koło naszego bohatera kręci się wielu wazeliniarzy a część ludzi nam nie ufa lub nie wierzy w nasze kompetencje. Trudno więc określić, kto tak naprawdę życzy nam dobrze, a kto spiskuje za naszymi plecami.

Tak w skrócie można przedstawić początek wielkiej przygody, podczas której będziemy walczyć o nowy dom, nawiązywać stosunki dyplomatyczne z nowo poznanymi rasami oraz pozyskiwać surowce z planet i księżyców. W sumie twórcy dają nam do dyspozycji siedem grywalnych planet oraz wiele nienadających się do zamieszkania. Być może nie jest to zbyt dużo, ale rozmiar każdej z nich jest dość imponujący, tak więc podczas kilkudziesięcio godzinnej rozgrywki nie powinniśmy narzekać na wtórność lokacji.

Sama historia być może nie jest jakoś szczególnie oryginalna, ale jest dość ciekawa i wciągająca. Oczywiście jeśli ktoś oczekuj iście Lemowskich refleksji naukowo-filozoficznych, może uznać fabułę Andromedy za trywialną. Jednak wychodzę z założenia, że jest to przedstawiciel wysokobudżetowej gry akcji, a takie zawsze skierowane są do masowego odbiorcy. Mnie fabuła produkcji BioWare zainteresowała i z każdą godziną pochłaniała moją uwagę coraz bardziej. Oczywiście Andromeda jak każdy tytuł RPG nie tylko wątkiem głównym stoi, ale również wieloma misjami pobocznymi. Twórcy więc podzielili zadania na cztery kategorie – operacje priorytetowe, sojusznicy i związki, zadania w Helejosie oraz zadania dodatkowe. Takie posegregowanie misji sprawdza się całkiem nieźle i pozwala łatwiej ogarnąć niebotyczną ilosć questów, które na nas czekają. Co ważne, misje poboczne nie są do bólu powtarzalne, tak że często łapałem się na tym, że przez kilka godzin praktycznie nie ruszyłem wątku głównego.

Jedną rzeczą, która nie do końca mi się podoba w historii, którą poniekąd sami kreujemy, to niekiedy nieumiejętne wprowadzenie elementów humorystycznych. Balansowanie na granicy powagi i humoru nie wyszło twórcom najlepiej i zamiast chronić nas przed nadmiernym patosem, razi kiczem. Podobna sytuacja ma się z licznymi romansami czy niezręcznymi sytuacjami, w trakcie których bohaterowie zachowują się jak nastolatkowie. Ogólnie dialogi w grze są dość nierówne i z całą pewnością nie można tego elementu zaliczyć jako atutu Andromedy.

Z kolei dużą zaletą czwartej odsłony Mass Effect jest gameplay. Tytuł sprawdza się na pewno lepiej jako gra akcji niż RPG. Gdy wyciągamy plazmową giwerę zaczyna się prawdziwa miodność Andromedy. Walki są dynamiczne, arsenał satysfakcjonujący, a jetpack pozwala w efektowny sposób unikać zagrożenia i zwiększa naszą mobilność. Pomimo sporych zmian, walka wciąż ma rodowód serii i umiejętność mądrego chowania się za osłonami, znacznie zwiększa nasze szanse na polu bitwy.

Zmiany względem Mass Effect 3 dotknęły także rozwój postaci. Wciąż istnieje podział na klasy, ale nie musimy się go sztywno trzymać i możemy rozwijać umiejętności przypisane do specjalności innej niż nasza.

Dużym plusem jest sztuczna inteligencja na placu boju naszych kompanów. Możemy im wydać co prawda tylko trzy komendy (zostań przy mnie, idź tam, atakuj danego wroga) co dość uprościło rozplanowanie taktyczne starć, ale nasza załoga radzi sobie w nich bardzo dobrze. Współpracuje z nami, uzupełnia nasze braki swoimi umiejętnościami i dysponuje potężną siłą rażenia.

Zdecydowanie gorzej od walki wypada eksploracja oraz crafting broni i pancerza. Ta pierwsza ogranicza się do odkrywania stacji będących punktem szybkiej podróży, miejsc do zmiany broni czy składu ekipy oraz skanowaniu nowo poznanych gatunków stworzeń czy roślin. Zdecydowanie element ten pozostawia pewien niedosyt, ponieważ motyw poznawania nowych planet daje olbrzymie pole do popisu w kwestii odkrywania. Tymczasem większość czasu spędzamy w Nomadzie, podróżując z punktu A do punktu B. Przypadkowe walki? Owszem na swojej drodze napotykamy dziwne stworzenia, ale walka z nimi nie daje radości. Wciskamy gaz do dechy i przejeżdżamy albo koło nich, albo po nich.

Jeśli zaś chodzi o crafting i upgrade broni i pancerza, to jest to element obok którego przeszedłem zupełnie obojętnie. Jest dość przekombinowany i nieczytelny. Szkoda, bo jest wiele produkcji, które mogłyby posłużyć  BioWare za wzór, a tak wszyło co prawda oryginalnie, ale brzydko.

Mass Effect to nie tylko kampania dla jednego gracza, ale również tryb rozgrywki wieloosobowej. Przez niektórych jest on postrzegany jako zapchaj dziurę, ale według mnie to całkiem niezły dodatek do potężnego, wielogodzinnego singla. W Apex jesteśmy członkiem czteroosobowej drużyny wysłanej przez Inicjatywę Andromeda. Jej celem jest odpieranie kolejnych fal nieprzyjaciela, likwidowanie ważnych celów oraz zdobywanie danych. Jeśli komuś odpowiadał tryb sieciowy w Mass Effect 3, to w najnowszej odsłonie z pewnością go nie zawiedzie.

Pod względem grafiki Mass Effect: Andromeda to tytuł dość nierówny. Sprawa jest o tyle dziwna, że oprawa prezentuje się bardziej okazale podczas rozgrywki, niż w cutscenkach. Na tych drugich kłują niekiedy w oczy tekstury niczym żywcem wyrwane z siódmej generacji oraz strasznie sztywne animacje twarzy. To dość zaskakujące, że w czasach, w których przy produkcji gier wykorzystywanie techniki Motion capture jest czymś oczywistym, wychodzi produkt taki jak Andromeda. Bohaterowie mają poważny problem z wyrażaniem emocji za pomocą mimiki twarzy. Czasami jednak ich starania sprawiają, że efekt jest karykaturalny. Co ciekawe im dłużej gramy, tym problem ten jest mniej widoczny. Kwestia przyzwyczajenia? Być może. Gameplay z kolei prezentuje się bez zarzutu i to w nim Andromeda błyszczy, stając się jedną z najefektowniej prezentujących się produkcji ósmej generacji.

Przepraszam, ale muszę do toalety!

Niestety w recenzowanej produkcji twórcy nie ustrzegli się błędów technicznych. Można ich jednak nieco usprawiedliwić, ponieważ w  sandboxowych grach nie sposób uniknąć drobnych niedociągnięć. W sieci można znaleźć całą masę materiałów z przeróżnymi bugami, ja jednak miałem spore szczęście, bo jedyne błędy jakie mi się przytrafiły, dotyczyły warstwy audio. Otóż na kilka minut znikał mi dźwięk wystrzału z broni oraz silnika Nomada.

Zdaję sobie sprawę, że wielu graczy nie uzna Mass Effect: Andromeda za najlepszą odsłonę serii i w zasadzie będą mieli rację. Tytuł ten jednak traktuję nie jako zwieńczenie kultowego cyklu, ale jego nowy rozdział. Nieidealny, mający swoje ułomności, ale jednak bardzo grywalny.  Gameplay i fabuła to kluczowe elementy każdej gry, a w Adromedzie ich poprzeczka zawieszona została naprawdę wysoko. Trudno się od produkcji BioWare oderwać i to przez przeszło 50 godzin –  lepszej rekomendacji nie trzeba. Czy czekam więc na piąta odsłonę Mass Effect? Oczywiście.

Grę dostarczył wydawca Electronic Arts Polska

Recenzja Mass Effect: Andromeda – galeria

Recenzja PlayStation 4

Recenzja powstała w oparciu o rozgrywkę z konsoli PlayStation 4

Plusy

  • Długa i wciągająca opowieść
  • Misje poboczne
  • Nowe światy do odkrycia
  • Walka
  • Gameplay

Minusy

  • Sztywne animacje postaci w cutscenkach
  • Zmarnowany potencjał eksploracji
  • Techniczne niedoróbki
8

Autor: Kamil Kościelniak

Dyskusja

Komentarzy ( 2 )

  1. gambit1980 napisał(a):

    Ni i super!!! Bo gra mi się bardzo podoba. Kupiłem przed premierą i nie żałuje.Błędy po kilkunastu godzinach są już niezauważalne, a sama gra wciąga i ciężko się oderwać.Oby więcej takich produkcji! Pozdrawiam redakcje

  2. Olo21 napisał(a):

    40 godzin na liczniku i końca nie widać. Ta gra niszcz mi życie towarzyskie;)

Dodaj komentarz