Czyżby dopadło mnie hack’n’slashowe wypalenie?

Stara miłość nie rdzewieje?

| | Przeczytasz w 4 min.

Dziś skupimy się na nieco „mniej wymagającym” gatunku gier, a konkretnie na hack’n’slash i zachowaniach, na których się przyłapałem grając ostatnio w Diablo III, Grim Dawn czy recenzowane przeze mnie Vikings: Wolves of Midgard.

Diablo1

Za górami…za lasami…

Zacznijmy jednak od początku. Był rok 1999 kiedy pierwszy raz ujrzałem Diablo. Z otwartą gębą, tracąc poczucie czasu gapiłem się jak znajomy, u którego znalazłem się całkowicie przypadkiem, oczyszcza źródło wody w Tristram. Byłem do tego stopnia zafascynowany, że przez długi czas odtwarzałem tę scenę bawiąc się klockami lego, rozrysowując przy tym okno ekwipunku na kartce papieru. Niedługo potem sam już mogłem zagrywać się w drugą część diabełka. Masowe sianie rzezi, zbieranie setek przedmiotów i ogólny klimat gry sprawił, że Diablo II na długi czas stało się moim numerem jeden. Krótko mówiąc, jak nie było w co grać, to odpalało się Diablo i nie ważne, że był to już enty raz. Potem grało się w Dungeon Siege, Sacred, Titan Quest, Torchlight, Fate czy nawet już całkiem nowe Diablo III lub The Incredible Adventures of Van Helsing, ale nic nie było w wstanie dostarczyć takich emocji jak szlagier Blizzarda. Wiadomo, magia pierwszych razów.

Nawet kawa nie pomaga

Co roku debiutuje przynajmniej kilka gier z gatunku Hack’n’Slash i są to raczej tytuły tworzone przez ekipy niezależne. Większość zbiera pozytywne recenzje, bo technicznie nie można im nic zarzucić. Jest tak jak być powinno, tylko dlaczego powieki mi opadają podczas eksploracji kolejnej lokacji czy odpierania nawału wrogów? Zaczęło się chyba od Diablo III, podczas nocnego grania przy tym całym bezmyślnym klikaniu, głowa sama opadała, aż w końcu przestawałem ogarniać co się wokół mnie dzieje. Nieogarnianie tego, co dokładnie dzieje się z postacią, objawia się też podczas awansów na kolejne lvl i rozdzielanie punktów statystyk czy skillów. Nigdy z gotowców nie korzystałem i robiłem buildy na własną rękę, przy czym zawsze starałem się kombinować. Teraz z przymrużeniem oka wydaję kolejne punkty, wiedząc, że pewnie można byłoby to zrobić lepiej. Większość gier oferuje bezproblemowy reset wydanych punktów, więc często wychodzę z założenia, że ach, najwyżej później się zmieni, jakby nie szło za dobrze.

Grim Dawn

W dowód wdzięczności będę dla Ciebie za darmo identyfikował przedmioty

Podczas grania w Grim Dawn zauważyłem, że loot nie robi już na mnie najmniejszego wrażenia. Kiedyś podniesienie kolorowego przedmiotu o intrygującej nazwie powodowało, że od razu zaglądałem w ekwipunek, sprawdzając czy dzięki temu zadawane obrażenia podniosą się chociaż odrobinę. Teraz tylko podczas wizyty u kupca sprawdzam czy warto coś zmienić zanim zostanie sprzedane. Niebieskie, zielone, fioletowe, pomarańczowe, na kolor za którym idzie unikatowość przedmiotu też nie zwracam już szczególnej uwagi, a przecież kiedyś zielone przedmioty w Diablo trzymałem dopóki starczyło miejsca, w nadziei, że kiedyś uda się uzbierać kompletny set.

W tej skrzyni na pewno będzie zielony!

Podobnie sprawy mają się podczas eksploracji. Miałem kiedyś zasadę, że nie przejdę do kolejnej lokacji, jeśli w obecnej chociażby mały fragment pozostał nieodkryty. Jaskinie czy inne dodatkowe, niezwiązane z zadaniami miejsca sprawdzałem kawałek po kawałku w nadziei na trudnego przeciwnika i nagrodę czekającą na końcu. Teraz coraz częściej jestem w stanie machnąć ręką, bo przecież nie będę szedł na drugi koniec mapy, żeby sprawdzić ile goblinów się tam kręci. Pamiętacie II akt z Diablo II, w którym trzeba było znaleźć prawdziwy grobowiec Tal Rasha? Niezależnie od tego, który był prawdziwym, zwiedzało się wszystkie, no bo dlaczego nie? Exp, drop, satysfakcja, po prostu się chciało.

Diablo 2 Grobowiec Tal Rasha

Może jeszcze kiedyś się uda

Jak pewnie zauważyliście, wiele rzeczy sprawiających mi w Hack’n’Slash –ach najwięcej frajdy wynikało z tego, że byłem jeszcze głodnym wszystkiego dzieciakiem. I te wszystkie działające na wyobraźnię drobnostki sprawiały, że w grach tego gatunku widziało się nieco więcej niż masową eksterminacje wrogów, dzięki której można rozładować napięcie po ciężkim dniu w pracy. Trochę sentymentalny wyszedł ten tekst, może dlatego, że się starzeję. Nie wiem, ale chciałbym, żeby jeszcze kiedyś jakiś „diabloklon” przywołał towarzyszące mi dawniej emocje.