Powrót na drugowojenne pola walki – graliśmy w betę Day of Infamy

| @Kasjan_Nowak | | Przeczytasz w 4 min.

Blisko rok temu na łamach tego serwisu opublikowałem recenzję Insurgency – niezłej strzelanki wieloosobowej. Insurgency miało pewne wady, ale przyznam uczciwie, że wracam do tej gry czasem i zawsze z wielkim uśmiechem na twarzy. Między innymi za sprawą świetnego moda Day of Infamy, w którym pola zmagań to drugowojenne scenerie. Teraz Day of Infamy to pełnoprawna gra, obecnie znajdująca się w fazie wczesnego dostępu.

Przejdźmy zatem do konkretów – zawartość na dziś to kilka trybów multiplayerowych i dwa kooperacyjne. Gdy wybierzecie któryś ze serwerów to możecie dołączyć do danej strony konfliktów (USA, Wielka Brytania, Niemcy) oraz wybrać specjalizację. Ma to wielkie znaczenie na polu bitwy. Są zwykli szeregowi żołnierze, ale również inżynierowie, snajperzy, oficerowie i parę innych klas. Ich synergia nie jest niczym wyimaginowanym. Oficerowie mogą wzywać naloty bombowe poprzez radio, które noszą tylko odpowiedni specjaliści, a gdy dodamy do tego fakt, że są limity w przydziale miejsc do poszczególnych klas (oprócz szeregowców) to robi się ciekawie – odpowiedzialność na niektórych stanowiskach jest koniecznością.

W multi najciekawsze są tryby Offensive oraz Liberation. Ten drugi to walka o trzy punkty kontrolne – każda z drużyn ma pewną ilość odrodzeń i tylko zajęcie punktu kontrolnego powoduje dodanie 1 dodatkowej fali odrodzeń. Pomysł bardzo prosty, a jednocześnie świetny i mocno wciąga. Świadomość, że po obu stronach nie ma już żadnej możliwości posiłków, a na placu boju zostało tylko kilku graczy – takie akcje rzeczywiście potrafią zabrać cały wieczór. Można oczywiście powiedzieć, że to żadna nowość, a zwykła codzienność w każdej wieloosobowej strzelance. Tak, pewnie, tylko Day of Infamy na ich tle wyróżnia się realizmem i minimalizmem. Minimalizm – HUD jest bardzo ubogi, a na wielu serwerach nie wiecie, czy udało Wam się kogoś zabić np. rzuconym do budynku granatem. Realizm? Brak celownika, a kiedy dodamy do tego fakt, że lunetę to ma tylko snajper, a celowników optycznych nie spotkacie poza FG 42…gra naprawdę odbiega wtedy od znanych, topowych produkcji.

Day of Infamy przegrywa z Insurgency pod względem customizacji. Trochę z własnego ograniczania się (o tym za chwilę), ale też i z powodów realiów – nie było aż tak wielu broni i dodatków do nich jak w obecnych czasach, więc wybór ekwipunku jest praktycznie równoważny z wyborem klasy postaci. W Insurgency było trochę więcej możliwości do kombinowania. Co jednak trochę może zasmucić, to brak większej ilości stron konfliktu światowego. Mowa oczywiście o ZSRR i Japonii – dostalibyśmy kolejne mapy, więcej broni, a to zawsze podoba się graczom. Dla mnie to pewien minus, choć nie aż tak duży, jakim dla wielu jest np. słaba oprawa.

Bo co jak co, ale gdy przebolejemy pewne fakty to gra się naprawdę świetnie. Choć wiele rzeczy skrojono z Day of Defeat, nie jest aż tak łatwo. Na pewno na plus zalicza się to, że gracze wiedzą co mają robić, choć w sumie to nic dziwnego, skoro na serwerach jest ich może kilkuset – obecnie jest ich mniej niż we wspomnianym DoD. Łatwiej mają osoby zaznajomione z Insurgency, ale nie jest to znowu aż tak trudna sieczka, żeby się nie przystosować. Po prostu jest to strzelanka, w której znacznie bardziej zwraca się uwagę niekonieczne na same kille, ale działanie dla drużyny – jednym dobrym posunięciem da się rozstrzygnąć mecz lub chociaż dać drużynie drugą szansę. Najlepiej to widać w trybach, w których jedna drużyna się broni, a druga atakuje. To ta atakująca strona ma gorzej – nie z samego faktu konieczności ofensywy, ale i dlatego, że ma mniej odrodzeń. Zdobycie punktu daje kolejne odrodzenia, a co za tym idzie – nowe szanse i pozostanie „w grze”. To właśnie w tym trybie najbardziej potrzebna jest współpraca i szybkie reagowanie. Jedna osoba z drużyny broniącej musi za każdym razem wracać do zbiorczego punktu, by „wskrzesić” resztę towarzyszy – taki sprytny zabieg na przywoływanie posiłków.

Z tego względu, że to wersja early access, na pewne rzeczy można trochę przymknąć oko – np. na optymalizację, przez którą czasem trzeba zmniejszyć ustawienia graficzne. Day of Infamy lepiej wygląda w ruchu, choć i tak jest to tylko silnik Source, który już jest trochę leciwy. Dobrze, że kolejna produkcja studia New World – Insurgency: Sandstorm – będzie już działać na Unreal Engine 4.

Na stan obecny można Day of Infamy z czystym sumieniem polecić. Jeśli dojdzie jeszcze trochę świeżego contentu (a autorzy dbają by tak było, choćby przez map contesty) to uzyskamy całkiem niezły produkt – skrojony na miarę. Tak samo jak wielokrotnie wspominane tutaj InsurgencyJa jeszcze nieraz rzucę się w wir wojennej zawieruchy, bo po prostu warto. Jeśli komuś nie przeszkadza minimalizm i leciwa oprawa, woli bardziej taktyczne i trudniejsze podejście do strzelanin – to Day of Infamy jest dla niego i nie wierzę, że się na nim zawiedzie.

Day of Infamy – galeria (PC)

Co się podoba?

  • Dobre tryby rozgrywki
  • Minimalizm
  • Realizm
  • Świetne lokacje
  • Twórcy w rozsądny sposób wzbogacają content

Co się nie podoba?

  • Dla wielu – leciwy silnik Source
  • Tylko 3 frakcje