Book of Demons – wrażenia z wersji Early Access

| | Przeczytasz w 5 min.

Chciałem zacząć ten tekst od opisu pamiętnego Diablo z 1996 roku. Potem jednak jakoś z tego zrezygnowałem. To przecież nie jest kącik Klasycznie. Dlatego nie będzie tu tego pierwszego hack and slasha od Blizzarda. Będzie za to coś innego. Book of Demons od polskiego studia Thing Trunk. Właściwie to teraz zdałem sobie sprawę, że to jest jednak Diablo. Tylko takie trochę inne, papierowe.

Do betatestów Book of Demons zasiadałem z ogromnymi nadziejami, lecz także z równie wielkimi obawami. Jeśli nie wiecie, to w głowie twórców zagościła taka dosyć ciekawa inicjatywa polegająca na dosłownym powrocie do gier. Return 2 Games, bo właśnie tak nazywa się ta kampania, to pomysł stworzenia siedmiu gier bardzo mocno inspirowanych kultowymi produkcjami z lat dziewięćdziesiątych. Każda nowo stworzona gra od Thing Trunk ma być niejako trybutem dla innej, starej, znanej i cenionej produkcji. Na pierwszy ogień poszło Diablo.

Chyba już rozumiecie, dlaczego miałem takie obawy i równoczesne oczekiwania. Czy twórcom w ogóle wypali taka idea? Czy ktoś będzie chciał grać w takie tytuły? Jeśli macie obawy, to zapewniam, że niepotrzebnie. Wiecie dlaczego? Bo Book of Demons wypaliło. A przecież to dopiero dosyć wczesna wersja. Pomimo tego już gra się w ten tytuł bardzo przyjemnie. I właściwie to nie wiem, jak tę grę opisać. Jest to te same Diablo, które kochamy, tylko zbudowane z papieru.

Tak, z papieru. Cała otoczka tego tytułu jest taka, że wszystko, czyli lochy, otoczenie, przeciwnicy, przeszkody, postacie i sam bohater są wycinankami z papieru. Takimi papercraftami. I może wydawać to się głupie, lecz jest to dobry motyw, bo przecież nie sposób nie docenić oryginalnej oprawy. Postacie z papieru nadają produkcji naprawdę miłej otoczki i swoistego charakteru. Grając w to, ma się wrażenie chodzenia po jednej, wielkiej makiecie stworzonej na wzór Diablo. I aż się prosi, aby twórcy wrzucili do sieci jakieś modele przygotowane do wydruku i składania, sam bym się w to pobawił i postawił rezultat na półce.

Powtarzam ciągle, że to Diablo, Diablo i jeszcze raz Diablo. Jednak może jakieś przykłady? Proszę… Rozgrywka jest podobna, ale tu raczej niczego odkrywczego nie powiem. Chodzi się po generowanych dungeonach i rozwala potworki. Mamy tu takie same lokacje, jak i w pierwszym dziele od Blizzarda. Katakumby pod Katedrą, jaskino-lochy i w końcu samo piekło na czele z głównym bossem. Można się domyślać, jakim. To chyba nie spoiler, bo to oczywista oczywistość, że tak powiem. Oprócz tego rozmawiamy z postaciami w mieście, zdobywamy ekwipunek i umiejętności w postaci kart. Nawet bossowie są identyczni: rzeźnik zwany kucharzem, Arcybiskup Lazarus zwany antypapieżem, ba, także wstawki przerywnikowe i komentarze bohatera są niemalże takie same. Swoją drogą wstawek tych przydałoby się więcej, bo są miłe dla oka.

Kojarzycie postać sędziwego, aczkolwiek bardzo mądrego starca stojącego przy miejskiej studni? Yyy to nie Deckard Cain. Albo wieszczki będącej wiedźmą? To nie Adria. Book of Demons czerpie masę rzeczy z Diablo. Powiedziane już przeze mnie kilka razy stwierdzenie, że jest to papierowe Diablo, jest jak najbardziej słuszne. W niektórych momentach twórcy nie starają się nawet ukrywać odniesień do tytułu od Blizzarda. Jawnie puszczają oczko, a czasami nawet subtelnie drwią z kultowego dzieła. Z losowo wygenerowanym imieniem naszego wojownika Borzywoja wkraczamy do lochu pod Katedrą.

Oczywiście z racji konstrukcji gameplay ma swoje ograniczenia. Największym chyba jest brak możliwości poruszania się po całej planszy. Możemy tylko chodzić po określonych ścieżkach wyznaczonych na mapie. Słabo? No jedynie przez pierwszych kilka etapów, gdzie do wszystkiego się przyzwyczajamy. Potem nie jest to żaden problem. Animacje również są bardzo minimalistyczne. Jednak do wszystkiego da się przyzwyczaić. Nie ma tu również klasycznego ekwipunku, a statystyki postaci podczas levelowania podnosimy tylko w dwóch atrybutach. Jedyne, czego mi tu brakuje, to jakaś minimapka.

Gra posiada klasyczną kampanię. Tak, tytuł da się już ukończyć nawet na obecnym buildzie. Co oczywiście uczyniłem i nie żałuję. Na razie mankamentem może być fakt, iż dostępna jest tylko jedna z trzech klas. Jest nią jakże by inaczej, wojownik. W przyszłości ma dojść mag i łotrzyca. Oprócz klasycznego przejścia mamy tu tryb freeplay odblokowujący się po zakończeniu fabuły. Ta sama w sobie nie jest jakoś przesadnie długa. Mnie jej przejście zajęło dziewięć godzin. Gra ma oczywiście stale rosnący poziom trudności. I o ile na początku jest bardzo łatwo, to na końcowych etapach dzieje się chaos nie z tej ziemi. Nie dziwne, w końcu wchodzimy do samego piekła. Czasami niestety przy kolosalnym nagromadzeniu wrogów gra potrafi zgubić kilka klatek.

Napomknięcia i uwagi zasługuje fakt zastosowania tak zwanego modułu flexiscope. Czym on jest? Dostosowywaniem wielkości lochu do czasu, jaki jesteśmy w stanie poświęcić grze. Przykładowo w jakiś dzień mamy bardzo mało czasu na granie. Jednak chcemy popykać trochę w Book of Demons. Flexiscope daje nam taką możliwość, że możemy wygenerować sobie podziemia, których przejście zajmie średnio dwadzieścia minut. W drugim przypadku działa to tak samo. Jeżeli mamy sporo wolnego czasu, to możemy wygenerować lochy trwające prawie godzinę. Żeby nie było, że jest to niesprawiedliwe. Mniejszy dungeon to równocześnie mniejszy stopień ukończenia fabuły. Summa summarum więc każdy będzie grać tyle samo. Po prostu dzieląc etapy na mniejsze i większe kawałki.

Jeśli grałeś w pierwsze Diablo i darzysz je sentymentem, to powinieneś przynajmniej sprawdzić Book of Demons. To bardzo udany powrót do przeszłości. I nawet na tym etapie produkcyjnym daje sporo przyjemności z odbioru. W grze oczywiście nie ma kilkunastu rzeczy, które mają zostać wprowadzone do finalnego produktu. Twórcy starają się dopieścić swoją produkcję, chociażby rozsyłając ankiety badające odbiór graczy. Sądzę, że warto zainteresować się rozwojem tego tytułu, gdyż może być to naprawdę ciekawy kąsek, zarówno dla hardcorowców, jak i casuali.